O domu, z którego można wyjechać, ale który nie zawsze można opuścić
Dom nadal czeka.
Dzieci dawno dorosły —
drzwi są wciąż otwarte.
Dom nie musi być nawiedzony przez duchy
Serial Nawiedzony dom na wzgórzu (The Haunting of Hill House, 2018) Mike’a Flanagana, inspirowany powieścią Shirley Jackson z 1959 roku, bierze z literackiego pierwowzoru Hill House, jego atmosferę i ideę miejsca, które oddziałuje na ludzi, ale buduje z nich zupełnie nową historię.
Historię rodziny Crainów.
Hugh i Olivia przeprowadzają się z pięciorgiem dzieci do starego domu, który zamierzają wyremontować, sprzedać i dzięki temu zbudować wymarzony „wieczny dom”. Pobyt miał być tylko epizodem.
Okazuje się wydarzeniem, które określi całe ich późniejsze życie.
Flanagan prowadzi opowieść równolegle w dwóch czasach. Widzimy dzieci w Hill House i tych samych ludzi wiele lat później. Dorosłych, którzy pozornie dawno opuścili dom, a jednak każdy z nich nadal w jakiś sposób w nim mieszka.
Steven próbuje wszystko wyjaśnić.
Shirley kontrolować.
Theo nie dopuszczać innych zbyt blisko.
Luke ucieka.
Nell szuka odpowiedzi.
Każde z nich znalazło własny sposób radzenia sobie z czymś, czego jako dziecko nie potrafiło ani zrozumieć, ani nazwać.
I właśnie tutaj The Haunting of Hill House przestaje być dla mnie historią o nawiedzonym domu.
Staje się historią o traumie.
O rodzinie.
O żałobie.
O pamięci.
O tym, co dzieje się z dzieckiem, kiedy wydarza się coś zbyt wielkiego, aby mogło to pomieścić — i co później robi dorosły, którym to dziecko się stało.
Duchy Flanagana są przerażające.
Ale najważniejsze z nich nie stoją w ciemnych korytarzach.
Idą z bohaterami przez całe życie.
Paweł: Pięcioro dzieci, pięć sposobów na ten sam ból
Rany z dzieciństwa, choć zabliźnione i czasem nawet zapomniane, wraz z upływem lat co jakiś czas odzywają się, przypominają o zdarzeniach, o których staramy się nie pamiętać. A chwile słabości sprawiają, że wraca ból i lęk.
To co przerażało straszy dalej i czai się w przeróżnych miejscach, pojawia nagle w nieoczekiwanych sytuacjach. Każdy z nas radzi sobie z tym inaczej. Broni się na swój sposób. Ale często to iluzja, indywidualny safe room w głowie jest pozornie bezpieczną przestrzenią.
Zmierzenie się z prawdą i jej akceptacja jest jedynym sposobem na życie w realnym, prawdziwym świecie, w którym zawsze obecne jest cierpienie, a nie w rzeczywistości będącej złudzeniem łagodzącym udrękę.
Przestać uciekać – to paradoksalnie prawdziwe wyjście z domu pełnego demonów przeszłości.
Agnieszka: Najbardziej przeraża mnie Nell
Mogłabym napisać o architekturze Hill House. O duchach ukrytych w kadrach. O Czerwonym Pokoju. O tym, jak genialnie Flanagan manipuluje czasem i pamięcią.
Ale kiedy myślę o tym serialu, wracam przede wszystkim do Nell.
I do Kobiety ze Złamaną Szyją.
Bo jest w tym pomyśle coś potwornie smutnego.
Przez lata Nell boi się zjawy, która pojawia się w najgorszych momentach jej życia. Widzi ją jako coś obcego. Coś, co ją prześladuje. Zagrożenie przychodzące z zewnątrz.
Dopiero później odkrywamy, że przez cały czas patrzyła na samą siebie.
Nie chcę sprowadzać tego wyłącznie do efektownego paradoksu czasowego.
Dla mnie to jedna z najmocniejszych metafor całego serialu.
Czasem przez lata uciekamy przed czymś, czego źródła szukamy wszędzie poza sobą.
Nie dlatego, że jesteśmy ślepi.
Dlatego, że nie mamy jeszcze perspektywy pozwalającej zobaczyć całość.
Jako osoba w spektrum bardzo dobrze znam doświadczenie rekonstruowania własnej przeszłości już z wiedzą, której wcześniej nie miałam. Wracania pamięcią do sytuacji i nagłego rozumienia: więc dlatego.
Dlatego coś było tak trudne.
Dlatego reagowałam inaczej.
Dlatego nie potrafiłam zrobić tego, co dla innych wydawało się oczywiste.
Przeszłości to nie zmienia.
Zmienia jednak człowieka, który na nią patrzy.
I chyba dlatego tak bardzo działa na mnie również Czerwony Pokój.
Każde z dzieci widzi go inaczej. Dla każdego staje się przestrzenią odpowiadającą jego potrzebom. Bezpiecznym miejscem, które w rzeczywistości wcale bezpieczne nie jest.
To niezwykle trafna metafora naszych mechanizmów ochronnych.
Nie zawsze rozpoznajemy klatkę jako klatkę.
Zwłaszcza jeśli urządzono ją dokładnie tak, żebyśmy chcieli w niej zostać.
A potem jest jeszcze dom.
Hill House.
Miejsce, które powinno zapewniać bezpieczeństwo, ale stopniowo odbiera rodzinie zdolność rozpoznawania, co jest prawdziwe.
I tutaj wracam do czegoś, co pojawia się w wielu filmach, o których piszemy w Mrocznym kinie.
Dom jest jednym z najbardziej pierwotnych symboli bezpieczeństwa.
Dlatego horror tak często go nam odbiera.
Jeżeli potwór znajduje się w lesie, można zamknąć drzwi.
Jeżeli jest na ulicy, można wrócić do domu.
Ale co zrobić, kiedy zagrożenie już jest w środku?
Może dlatego The Haunting of Hill House jest dla mnie znacznie smutniejsze niż straszne.
Bo ostatecznie nie opowiada o ludziach próbujących pokonać duchy.
Opowiada o dorosłych dzieciach próbujących zrozumieć, co wydarzyło się ich rodzinie.
I o tym, że można przeprowadzić się setki kilometrów dalej, zbudować nowe życie, znaleźć pracę, założyć rodzinę, nauczyć się funkcjonować.
A mimo to nadal czasami budzić się w Hill House.
Niektóre domy opuszczamy.
Z innych musimy wychodzić przez całe życie.


Zostaw odpowiedź