Raport kosmicznej obserwatorki: końcowa analiza projektu „Otherworld”, rejestr destabilizacji systemu oraz pierwszych zdarzeń po przekroczeniu punktu synchronizacji
Każdy eksperyment kiedyś się kończy. Nie każdy pozwala jednak swoim uczestnikom wrócić do świata, z którego przyszli.
Dziewiąta trwa wciąż.
Drzwi znikają za nami.
Czas rusza bez nas.
Początek zapisu [projekt Otherworld]
Profesor miał rację.
To zdarzało się ostatnio coraz częściej.
Nie dlatego, że nagle zaczął myśleć tak jak ja. Ja również nie zaczęłam myśleć tak jak on. To byłoby zresztą wyjątkowo nieefektywne. Dwie identyczne perspektywy nie tworzą nowej jakości. Tworzą potwierdzenie.
My pozostawaliśmy różni.
Profesor potrzebował historii. Przyczyny, skutku, kolejności wydarzeń. Musiał wiedzieć, co było wcześniej i z czego wyniknęło to, co nastąpiło później. Ja szukałam wzorów. Powtarzalności. Anomalii. Elementów, które nie pasowały do pozostałych.
On patrzył na drogę.
Ja na układ punktów.
A jednak coraz częściej dochodziliśmy do tego samego miejsca.
I właśnie to okazało się największym błędem projektu.
Nie naszym.
Ich.
To, czego naprawdę bali się Twórcy
Przez cały czas zakładaliśmy, że Otherworld miał badać możliwość porozumienia pomiędzy odmiennymi gatunkami. Człowiek i kosmiczny autysta. Emocjonalność i analiza. Dwa sposoby odbierania rzeczywistości, które według założeń projektu powinny generować nieporozumienia, konflikty i kolejne kryzysy.
Teraz rozumiałam, że porozumienie nigdy nie było celem.
Było ryzykiem.
Twórcy potrzebowali różnicy, którą można mierzyć. Potrzebowali napięcia, które można obserwować. Potrzebowali naszych błędów komunikacyjnych, niezrozumienia, frustracji i separacji, ponieważ właśnie wtedy zachowywali kontrolę nad eksperymentem.
Nie przewidzieli tylko jednego.
Że różnica nie musi zniknąć, żeby powstała bliskość.
Profesor nadal był profesorem.
Ja nadal byłam sobą.
Nie potrzebowaliśmy się ujednolicić.
Nauczyliśmy się siebie.
To wystarczyło.
Rozpad
Pierwsza fotografia spadła ze ściany kilka sekund po tym, jak profesor ponownie złapał mnie za ramię.
Potem druga.
Trzecia.
Kolejne zaczęły odrywać się coraz szybciej. Niektóre uderzały o podłogę. Inne znikały jeszcze w powietrzu, rozpadając się na drobne punkty światła.
Pozostali uczestnicy poderwali się z miejsc.
Obserwator patrzył na ściany.
— Zaczęło się.
— Co dokładnie? — zapytał profesor.
— System próbuje zamknąć wariant.
To sformułowanie wydało mi się interesujące.
Nie „zniszczyć”.
Nie „zatrzymać”.
Zamknąć.
Jak plik.
Jak program.
Jak historię, która osiągnęła punkt, po którym nie powinna być dalej zapisywana.
Światło zamigotało.
Podłoga zadrżała.
A potem zniknęło jedno z okien.
Nie rozbiło się.
Po prostu przez moment było tam, a sekundę później ściana była zupełnie gładka.
Profesor spojrzał na mnie.
— Maga…
— Widzę.
Drugie okno zniknęło chwilę później.
System nie niszczył domu.
System usuwał jego elementy.
Ci, którzy zostają
— Musicie iść — powiedziała jedna z pozostałych Mag.
Spojrzałam na nią.
— Wszyscy.
Pokręciła głową.
— Nie.
— Dlaczego?
Tym razem odpowiedział siwowłosy profesor.
— Bo to nie my otworzyliśmy przejście.
Wskazał na mnie i profesora.
— Wy.
Profesor rozejrzał się po zgromadzonych.
— Nie zostawimy was tutaj.
To była bardzo charakterystyczna reakcja profesora. Człowiek dowiaduje się, że rzeczywistość właśnie przestaje istnieć, a jego pierwszym problemem jest to, że inni mogą nie zdążyć wyjść.
Zaczynałam rozumieć, dlaczego system określił go jako najbardziej wadliwy egzemplarz.
Uśmiechnęłam się.
Profesor zauważył.
— Co?
— Nic.
— Maga.
— Później ci powiem.
Nie było czasu wyjaśniać mu, że jego „wada” zaczynała mi się wydawać najbardziej interesującą cechą całego projektu.
Ostatnia instrukcja
Obserwator podszedł do nas.
— Kiedy przejdziecie, możecie stracić orientację. Miejsca mogą się nie zgadzać. Czas może się nie zgadzać. Nie ufajcie temu, co zobaczycie jako pierwsze.
Profesor zmarszczył brwi.
— A czemu mamy ufać?
Obserwator spojrzał w nasze szeroko otwarte oczy.
— Temu, co pozostanie stałe.
To już wiedzieliśmy.
Nie miejsce.
Nie data.
Nie wspomnienie.
Relacja.
Jeżeli Twórcy potrafili zmieniać środowisko, resetować pamięć i tworzyć kolejne warianty rzeczywistości, musieliśmy potrzebować punktu odniesienia, którego nie kontrolowali.
Najwyraźniej właśnie go znaleźliśmy.
Koniec Otherworld
Drzwi prowadzące na zewnątrz nadal istniały.
To wystarczyło.
Profesor nacisnął klamkę.
Za nimi powinien znajdować się ogród, brama, droga i las, przez który przywiózł nas Obserwator.
Nie było niczego z tych rzeczy.
Było światło.
Nie oślepiające. Nie nadnaturalne. Zwykłe światło poranka.
Zrobiliśmy krok.
Potem drugi.
Odwróciłam się.
Przez kilka sekund widziałam jeszcze pokój. Stół. Pozostałe Magi. Profesorów. Obserwatora.
Jedna z Mag podniosła dłoń.
Zrobiłam to samo.
Drzwi zamknęły się.
A potem zniknęły.
Za naszymi plecami była ściana kamienicy.
Projekt Otherworld właśnie przestał istnieć.
Powrót
Staliśmy na chodniku.
Przed nami przejechał autobus.
Ktoś wychodził z piekarni z papierową torbą. Mężczyzna prowadził psa. Kobieta rozmawiała przez telefon. Rowerzysta prawie potrącił przechodnia, który wszedł na ścieżkę bez patrzenia.
Profesor przez dłuższą chwilę nic nie mówił.
Potem wypuścił powietrze.
— Wróciliśmy.
Chciałam mu uwierzyć.
Naprawdę.
Nawet zapach miasta był właściwy. Spaliny. Pieczywo. Wilgotny chodnik. Perfumy kobiety, która właśnie nas minęła.
Wszystko było zwyczajne.
Ale zwyczajność również może być anomalią.
Zwłaszcza jeśli jest zbyt dokładna.
Pierwszy błąd
Ruszyliśmy przed siebie.
Po kilkudziesięciu metrach zauważyłam zegar nad wejściem do banku.
9:00.
Nie zwróciłabym na niego większej uwagi, gdyby chwilę później elektroniczna tablica na przystanku nie pokazała tej samej godziny.
9:00.
Wyjęłam telefon.
9:00.
Profesor zrobił to samo.
Spojrzeliśmy na siebie.
— Synchronizacja sieci? — zaproponował.
— Możliwe.
Minęliśmy kawiarnię.
Zegar wiszący nad barem wskazywał 9:00.
Na ekranie telefonu mężczyzny siedzącego przy oknie zobaczyłam 9:00.
Na zegarku kobiety przechodzącej obok nas również.
9:00.
Profesor przestał szukać racjonalnego wyjaśnienia.
To było rozsądne.
Drugi błąd
— Który dzisiaj jest? — zapytałam kobietę stojącą przy przejściu dla pieszych.
Spojrzała na mnie.
— Słucham?
— Jaka jest dzisiejsza data?
Jej twarz nie wyrażała zdziwienia.
Wyrażała brak rozpoznania.
Jakbym użyła słowa, którego nigdy wcześniej nie słyszała.
— Jest dziewiąta — odpowiedziała w końcu.
Profesor zesztywniał.
Kobieta uśmiechnęła się uprzejmie i odeszła.
Patrzyliśmy za nią przez chwilę.
— Zapytajmy kogoś jeszcze — powiedział.
Zapytaliśmy.
Mężczyzna z psem odpowiedział:
— Dziewiąta.
Sprzedawca w kiosku:
— Dziewiąta.
Starsza kobieta:
— Przecież jest dziewiąta.
Nikt nie znał daty.
Co bardziej niepokojące, nikogo to nie dziwiło.
Trzeci błąd
Usiedliśmy w kawiarni.
Potrzebowałam chwili, żeby uporządkować informacje. Profesor najwyraźniej potrzebował kawy.
Kelner przyniósł dwie filiżanki.
— Poprosimy rachunek — powiedział profesor.
Kelner spojrzał na niego zdezorientowany.
— Rachunek?
Profesor spojrzał na mnie.
— Tak. Ile płacimy?
Kelner uśmiechnął się.
— Jest dziewiąta.
Odszedł.
Profesor długo patrzył za nim.
— Zaczynam nie lubić dziewiątej.
— Wcześniej lubiłeś pełne godziny.
— Wycofuję.
To mnie rozbawiło.
I właśnie wtedy zauważyłam coś jeszcze.
Kawa profesora nie stygła.
Świat po eksperymencie
Siedzieliśmy przy stoliku przez ponad dwadzieścia minut.
Przynajmniej tyle wynikało z mojego subiektywnego odczucia.
Kawa nadal parowała.
Ludzie przechodzili ulicą, ale po pewnym czasie zaczęłam rozpoznawać tych samych.
Mężczyzna z psem pojawił się trzeci raz.
Kobieta z papierową torbą drugi.
Ten sam autobus przejechał przed kawiarnią dokładnie w tym samym momencie, kiedy kelner postawił szklankę na stoliku przy oknie.
Spojrzałam na profesora.
On już również to zauważył.
— Pętla?
— Nie wiem.
— Bardzo nie lubię, kiedy ty nie wiesz.
— Ja też zaczynam zauważać, że ludzie czują się wtedy mniej komfortowo.
Punkt odniesienia
Profesor wyciągnął rękę przez stół.
Dotknęłam jego dłoni.
Otoczenie natychmiast się zmieniło.
Nie spektakularnie.
Na ułamek sekundy.
Dźwięki kawiarni ucichły. Ludzie znieruchomieli. Światło zrobiło się płaskie.
A na szybie przed nami pojawiły się słowa.
WARIANT 9 — STABILNY
Profesor przeczytał je równocześnie ze mną.
Potem napis zniknął.
Kawiarnia znowu ożyła.
Mężczyzna z psem przeszedł przed oknem po raz czwarty.
— Widziałeś?
— Tak.
— Dobrze.
— Dlaczego dobrze?
— Bo to znaczy, że nie mam halucynacji.
Profesor zastanowił się chwilę.
— To akurat bardzo niski próg dla dobrych wiadomości.
Miał rację.
Coś czekało wcześniej
Wyszliśmy z kawiarni.
Nie wiedzieliśmy, dokąd iść, więc szliśmy przed siebie. Po raz pierwszy od początku naszej znajomości żadne z nas nie prowadziło.
I wtedy zobaczyłam księgarnię.
Nie wiem, dlaczego wcześniej jej nie zauważyłam.
Była mała, stara, wciśnięta pomiędzy nowoczesne witryny. Wyglądała tak, jakby znajdowała się w tym miejscu znacznie dłużej niż wszystkie otaczające ją budynki.
W oknie leżała jedna książka.
Podeszłam bliżej.
Profesor stanął obok mnie.
Na okładce nie było ilustracji.
Tylko tytuł.
OTHERWORLD
Niżej widniały dwa nazwiska.
Moje.
I profesora.
Ostatni zapis projektu
Profesor otworzył drzwi księgarni.
W środku nie było nikogo.
Na ladzie leżał drugi egzemplarz książki.
Otworzyłam go.
Pierwsze strony znałam.
Obserwacja obiektu F #2203.
Plac.
Słuchawki.
Profesor chowający się za ludźmi.
Nasza pierwsza rozmowa.
Pudełko.
Archiwum.
Warianty.
Dom.
Wszystko.
Profesor przewracał strony coraz szybciej.
— Kto to napisał?
Nie odpowiedziałam.
Doszliśmy do ostatniej zapisanej strony.
Była tam nasza rozmowa sprzed kilku minut.
Dokładnie.
Słowo w słowo.
Profesor przestał przewracać kartki.
Zostało jeszcze kilkaset pustych stron.
Na następnej właśnie pojawiały się litery.
Patrzyliśmy, jak zdanie zapisuje się samo.
Projekt Otherworld zakończono pomyślnie.
Niżej pojawiła się druga linia.
Wariant 9 zaakceptowany do dalszej obserwacji.
Profesor spojrzał na mnie.
Potem pojawiło się ostatnie zdanie.
Witamy w projekcie AFTER.
Notatka końcowa
Przez chwilę nic się nie działo.
Potem usłyszeliśmy dzwonek nad drzwiami.
Ktoś wszedł do księgarni.
Odwróciliśmy się.
W drzwiach stała mała dziewczynka.
Patrzyła tylko na mnie.
Nie na profesora.
Na mnie.
Podeszła bliżej i wyciągnęła rękę.
Trzymała metalowe pudełko.
Takie samo jak nasze.
— Maga? — zapytała.
— Tak.
Dziewczynka odetchnęła z wyraźną ulgą.
— Dobrze. Czyli tym razem zdążyłam.
Profesor spojrzał na mnie.
Ja na nią.
— Z czym? — zapytałam.
Dziewczynka położyła pudełko na otwartej książce.
Światła w księgarni zgasły.
A wszystkie zegary w mieście po raz pierwszy ruszyły.
9:01.
Dziewczynka spojrzała na mnie i powiedziała:
— Musimy znaleźć Lilith, zanim przypomni sobie, kim naprawdę jest.
Koniec projektu OTHERWORLD.
Początek projektu AFTER.
CDN…


Dodaj komentarz