O miłości, pamięci i ludziach, którzy nie potrafią odejść
Woda pamięta.
Twarz powoli traci imię.
Miłość jeszcze trwa.
Kiedy nawiedzony jest nie dom, lecz pamięć
Po Nawiedzonym domu na wzgórzu Mike Flanagan ponownie wykorzystuje konwencję opowieści o duchach, żeby mówić o czymś znacznie bardziej ludzkim niż zjawiska nadprzyrodzone. The Haunting of Bly Manor z 2020 roku, inspirowany przede wszystkim The Turn of the Screw Henry’ego Jamesa, ale czerpiący również z innych jego utworów, tylko pozornie opowiada o nawiedzonej posiadłości. Duchy są tu realne, można je zobaczyć, spotkać na korytarzu, zostać przez nie skrzywdzonym. Jednak z czasem coraz mniej interesuje nas pytanie, czy istnieją. Znacznie ważniejsze staje się to, dlaczego wciąż tutaj są.
Dani Clayton przyjeżdża z Ameryki do Anglii, próbując rozpocząć życie gdzieś indziej. Zostaje opiekunką Flory i Milesa Wingrave’ów, osieroconego rodzeństwa mieszkającego w ogromnej posiadłości Bly. W domu są również Hannah Grose, Owen i Jamie. Każde z nich niesie własną stratę. Każde czegoś nie powiedziało, nie zakończyło albo nie zdążyło zrobić. I niemal każde próbuje na swój sposób żyć obok nieobecności.
To ważne, ponieważ w Bly Manor śmierć nie jest najważniejszą granicą. Znacznie ważniejsza przebiega pomiędzy pamiętaniem a zapominaniem, obecnością a posiadaniem, żałobą a odmową zaakceptowania utraty.
Flanagan zadaje pytanie, które początkowo można przeoczyć pod warstwą gotyckiej opowieści: co właściwie znaczy pozwolić komuś odejść?
I czy miłość może przetrwać, jeśli przestaniemy kurczowo trzymać człowieka przy sobie?
Paweł: Kiedy „zostań ze mną” przestaje być prośbą
Wspomnienia potrafią boleć tak mocno, że trudno to znieść. Często nie jest możliwe całkowite uwolnienie się od nich. Strach przed tym stanem sprawia, że każdy z nas inaczej reaguje na stratę.
Można żyć dalej i wspominać, ale można też żyć przywołując nieustannie bolesną przeszłość i układać dalsze swoje życie według niej. Wspomnienia wówczas nas definiują, trzymamy się bólu, nie potrafimy się wyzwolić.
Trauma każdego ciągnie wtedy w dół. Ona potrafi prześladować i zamykać człowieka w cyklu, który się powtarza i nie pozwala mu się uwolnić.
Duchy Bly, które dryfują uwięzione w tym domu powtarzają ten proces w nieskończoność, aż w końcu ich twarze i tożsamość rozpłyną się w nicości.
A my też możemy zniknąć jak one, albo przerwać ten cykl i zostawić po sobie inne życie we wspomnieniach tych, którzy nas kochają. „To ty, to ja, to my”: wszyscy.
Agnieszka: Człowiek umiera tutaj więcej niż raz
W Nawiedzonym domu na wzgórzu najbardziej przerażała mnie Nell. W Bly Manor początkowo wydawało mi się, że powinnam bać się Violi. Kobiety z Jeziora. Bezkształtnej postaci wychodzącej nocą z wody, przemierzającej dom i zabierającej wszystko, co znajdzie się na jej drodze.
Ale nie.
Najbardziej przerażają mnie twarze.
A właściwie moment, w którym zaczynają znikać.
Duchy Bly stopniowo tracą rysy. To proces tak prosty wizualnie, że łatwo potraktować go jedynie jako element grozy. Dla mnie jest chyba najbardziej brutalnym pomysłem całego serialu. Najpierw człowiek traci życie. Potem, bardzo powoli, zaczyna tracić siebie. Szczegóły zacierają się. Wspomnienia rozpadają. Imię przestaje cokolwiek znaczyć. Twarz staje się pustą powierzchnią. Zostaje kształt, który nadal chodzi, nadal wykonuje pewne ruchy, ale coraz mniej wiadomo, kto właściwie je wykonuje.
Śmierć okazuje się więc dopiero pierwszym zniknięciem.
Drugim jest zapomnienie.
I tutaj Bly Manor przestaje być dla mnie historią o duchach, a zaczyna być historią o jednym z najbardziej ludzkich lęków: że ktoś, kto był całym światem, pewnego dnia pozostanie jedynie informacją, że kiedyś istniał.
Bo pamięć nie przechowuje ludzi tak, jak fotografia przechowuje obraz. Sama się zmienia. Niektóre szczegóły wzmacnia, inne usuwa. Po latach potrafimy pamiętać, że kogoś kochaliśmy, a jednocześnie nie potrafić już dokładnie przywołać jego głosu. Pamiętać wspólny dzień, ale nie twarz w konkretnym momencie. Wiedzieć, że ktoś powiedział coś ważnego, i nie być pewnym słów.
To przerażające właśnie dlatego, że nie możemy tego całkowicie kontrolować.
Możemy zachowywać fotografie, nagrania, wiadomości, przedmioty. Możemy powtarzać historie. Ale nie możemy nakazać pamięci, żeby niczego nie zgubiła.
I wtedy zaczynam inaczej patrzeć na wszystkie duchy Bly.
Może duch jest właśnie taką próbą sprzeciwu wobec zapominania.
Jeszcze jestem. Jeszcze mnie zobacz. Jeszcze nie pozwól mi zniknąć.
Tylko że Flanagan komplikuje ten pomysł, bo pamiętanie również może stać się więzieniem.
Widać to szczególnie w Hannah Grose. Jej historia jest dla mnie jednym z najbardziej przejmujących fragmentów serialu, ponieważ Hannah nie funkcjonuje już w czasie tak jak pozostali bohaterowie. Wraca do chwil, które już się wydarzyły. Przeżywa je ponownie. Fragmenty rzeczywistości nakładają się na siebie. Coś, co było, staje się na moment tym, co jest.
I właśnie jej historia najlepiej pokazuje, dlaczego Bly Manor tak bardzo interesuje pamięć.
Pamięć nie jest filmem, który odtwarzamy od początku do końca. Jest fragmentaryczna. Asocjacyjna. Jeden szczegół otwiera drugi. Zapach może nagle przywrócić pomieszczenie sprzed dwudziestu lat. Piosenka może przywrócić człowieka. Zdanie może sprawić, że przez sekundę nie tylko pamiętamy jakieś wydarzenie — jesteśmy tam.
Myślę, że właśnie dlatego „memory hopping” jest czymś więcej niż mechanizmem fabularnym. Bohaterowie zostają uwięzieni w swoich wspomnieniach, ale przecież ludzie robią coś podobnego bez żadnych duchów. Wracamy do rozmów. Powtarzamy w głowie sceny. Tworzymy inne zakończenia. Myślimy o tym, co mogliśmy powiedzieć. Czasami pamięć daje schronienie. Czasami staje się pokojem, z którego trudno wyjść.
Dani również przyjeżdża do Bly z własnym duchem. Nie pochodzi on z posiadłości. Przywozi go ze sobą.
I to jest ważne.
Bly nie tworzy wszystkich nawiedzeń.
Niektóre tylko rozpoznaje.
Dani nosi w sobie poczucie winy związane ze śmiercią Edmunda. Widzi go. Ucieka przed nim. Próbuje zacząć od nowa w innym kraju, jakby geograficzna odległość mogła stworzyć również odległość psychiczną. Dopiero później zaczyna pozwalać przeszłości stać się przeszłością.
Ale wtedy pojawia się Viola.
I rozpoczyna się zupełnie inny rodzaj życia ze świadomością straty.
Dani wie, że Viola w niej pozostaje. Nie wie dokładnie, kiedy straci nad nią kontrolę. Wie tylko, że ten moment może nadejść.
Dlatego późniejsze życie Dani i Jamie czytam również jako historię żałoby, która zaczyna się jeszcze przed odejściem.
Czas istnieje, ale przestaje być oczywisty.
Zwyczajny dzień jest jednocześnie zwyczajnym dniem i jednym z dni, których zostało coraz mniej.
Można próbować spędzić cały ten czas na oczekiwaniu katastrofy. Można też zrobić coś znacznie trudniejszego: żyć.
I właśnie dlatego relacja Dani i Jamie jest dla mnie tak bolesna. Nie dlatego, że kończy się stratą. Każda relacja w jakimś sensie kończy się stratą — przez rozstanie, zmianę albo śmierć. Ich historia boli dlatego, że obie wiedzą, iż nie potrafią zatrzymać tego, co nadchodzi.
Jamie nie może uratować Dani.
Miłość nie okazuje się cudownym lekarstwem.
To bardzo ważne, bo kultura uwielbia opowiadać, że jeśli kochamy wystarczająco mocno, możemy ocalić drugiego człowieka. Bly Manor odmawia nam tego pocieszenia. Możemy być obok. Możemy wspierać. Możemy kochać. Możemy próbować. Ale nie mamy pełnej władzy nad cudzym losem.
Jamie musi ostatecznie zrobić coś straszniejszego niż walka z potworem.
Musi zostać.
Zostać po Dani.
Żyć dalej.
Pamiętać.
I nie zamienić pamięci w to samo więzienie, które stworzyła Viola.
Dlatego ostatnie sceny serialu są dla mnie tak mocne. Jamie zostawia uchylone drzwi. Czeka. Jakaś część jej życia nadal pozostaje skierowana ku osobie, której już nie ma.
Można zapytać, czy naprawdę pozwoliła Dani odejść.
Nie jestem pewna, czy żałoba w ogóle działa w tak prosty sposób.
„Pozwolić odejść” brzmi czasem tak, jakby zdrowienie wymagało zamknięcia drzwi i pozostawienia zmarłego po drugiej stronie. A może nie o to chodzi. Może człowiek nie musi wybierać między zapomnieniem a utknięciem.
Może można nieść kogoś dalej, nie przestając żyć własnym życiem.
I wtedy zupełnie inaczej brzmi dla mnie to, czym jest duch w Bly Manor.
Nie każdy duch jest potworem.
Nie każdy powinien zostać wypędzony.
Czasem duch jest miejscem, które ktoś nadal zajmuje w naszej historii.
Nie chodzi więc o to, żeby zapomnieć.
Chodzi o to, żeby pamięć nie odebrała życia temu, kto pozostał.
Viola nie potrafi tego zrobić. Jej miłość, strata i gniew redukują ją w końcu do jednego powtarzanego ruchu. Peter nie potrafi tego zrobić, ponieważ próbuje zlikwidować granicę między sobą a Rebeccą. Hannah nie potrafi od razu przyjąć własnej śmierci i pozostaje pomiędzy chwilami.
Dani i Jamie pokazują inną możliwość.
Miłość może pozostawić ślad, nie zamieniając człowieka w więźnia tego śladu.
I dlatego nie sądzę, żeby The Haunting of Bly Manor było przede wszystkim horrorem.
To opowieść o żałobie przebrana za ghost story.
O pamięci przebranej za nawiedzenie.
O traumie przebranej za klątwę.
I o miłości, która musi nauczyć się najtrudniejszej rzeczy ze wszystkich:
że kochać kogoś nie znaczy zatrzymać go na zawsze.
Czasem znaczy pozwolić mu odejść i nadal mieć dla niego miejsce.
FILM SIĘ SKOŃCZYŁ. MY JESZCZE NIE.
Wejdź głębiej. Akta, rozmowy Po seansie, Sala Projekcyjna i Pokój 13 czekają po drugiej stronie.


Zostaw odpowiedź