O wierze, która miała przynieść zbawienie, a nauczyła ludzi usprawiedliwiać zło
Dzwony nad wyspą.
Krew obiecuje życie —
cisza zna prawdę.
Kiedy człowiek zaczyna nazywać potwora cudem
Crockett Island jest miejscem, z którego trudno wyjechać, ale jeszcze trudniej naprawdę się uwolnić. Niewielka, odizolowana społeczność żyje rytmem przypływów, niedzielnych nabożeństw i wzajemnych zależności. Wszyscy się znają, pamiętają cudze błędy, rodzinne tragedie i dawne konflikty. Nie ma tutaj anonimowości, która pozwalałaby człowiekowi zacząć od początku. Przeszłość jest częścią lokalnej tożsamości, a pamięć mieszkańców bywa bardziej bezwzględna niż jakikolwiek sąd.
Właśnie tutaj wraca Riley Flynn, mężczyzna, który spowodował śmiertelny wypadek, prowadząc samochód pod wpływem alkoholu. Odsiedział wyrok, ale więzienie nie zakończyło jego kary. Riley nie potrafi uwolnić się od obrazu dziewczyny, która zginęła przez jego decyzję. Nie szuka prostego przebaczenia. Nie próbuje przekonać świata, że wszystko wydarzyło się przypadkiem. Wie, co zrobił, i wie, że żadna ilość żalu nie przywróci życia osobie, którą zabił.
W tym samym czasie na wyspę przybywa tajemniczy ojciec Paul Hill, zastępujący dotychczasowego duchownego. Wkrótce zaczynają dziać się rzeczy uznawane przez mieszkańców za cuda. Chorzy odzyskują zdrowie, starsi młodnieją, a ludzie, którzy dawno stracili nadzieję, zaczynają wierzyć, że Bóg naprawdę zwrócił na nich uwagę.
Flanagan nie ukrywa długo, że źródłem tych wydarzeń jest coś znacznie bardziej niepokojącego niż boska interwencja. Najważniejsza zagadka serialu nie dotyczy jednak natury istoty przywiezionej przez duchownego. Dotyczy mechanizmu, dzięki któremu ludzie potrafią uznać coś przerażającego za święte, jeśli tylko wystarczająco mocno pragną, żeby było prawdziwe.
Midnight Mass nie jest prostą krytyką religii. Jest opowieścią o różnicy między wiarą a potrzebą posiadania pewności, między duchowością a fanatyzmem, między przebaczeniem a unikaniem odpowiedzialności. Pokazuje, jak łatwo język miłości, zbawienia i wspólnoty może zostać wykorzystany do usprawiedliwienia przemocy, jeśli człowiek przestanie pytać o konsekwencje własnych działań.
I właśnie dlatego największym zagrożeniem na Crockett Island nie jest istota ukrywająca się w ciemności.
Jest nim człowiek, który patrzy na cierpienie drugiej osoby i potrafi nazwać je częścią boskiego planu.
Paweł: Wiara nie zwalnia z odpowiedzialności
Wielu ludzi zmaga się z problemem przebaczenia. Nie potrafią wybaczyć komuś innemu, ale często też sobie.
To jest trudne, bo wybaczyć, to nie znaczy zapomnieć, usprawiedliwić lub pomniejszyć winę, czy poprawić sobie samopoczucie. Owszem, z tym wiąże się odzyskanie spokoju. Jednak wybaczyć przede wszystkim oznacza uwolnić się od urazy, gniewu, pragnienia zemsty.
Gdy ludzie szukają spokoju widzą to, co chcą widzieć. Tak jest łatwiej, szczególnie, gdy dostają nadzieję na rozwiązanie swoich problemów i zmartwień, na pokonanie bólu, cierpienia, żalu, czy poczucia winy. Na przebaczenie sobie i innym.
Otrzymują nadzieję na zmianę.
I przybywa ktoś, kto jest w stanie to obiecać. Zdarzają się cuda, a apetyt rośnie w miarę jedzenia, po nich pojawia się oczekiwanie czegoś jeszcze większego. I łatwo jest coraz bardziej ślepo podążać za obietnicą, która wykorzystuje wszelkie pragnienia.
Zło przedstawia fałsz jako prawdę. Groza polega na tym, że ono twierdzi, że chce dobra innych.
Zdesperowani ludzie, którzy pragną i potrzebują celu zrobią wszystko, co w ich mocy, aby go osiągnąć. I będą usprawiedliwiać nawet zło pod maską anioła. A wtedy wszystko zatacza koło: gniew i nienawiść nie znika, lecz nasila się. Jest to prosta droga do pogrążenia się w tym jeszcze bardziej.
Zagłada.
Pozostaje tylko jeszcze jedna nadzieja: szansa na przerwanie tego kręgu fanatyzmu i uniknięcie ostatecznego upadku. Może znajdzie się ktoś, kto zacznie wszystko od nowa?
Agnieszka: Najbardziej przerażają mnie ludzie, którzy nie mają wątpliwości
W Midnight Mass najbardziej przeraża mnie Beverly Keane. Nie stworzenie nazywane aniołem, nie przemiana mieszkańców Crockett Island, nie krew ani nawet świadomość, że ludzie mogą stracić kontrolę nad własnym ciałem. Bev. Kobieta, która w niemal każdej sytuacji potrafi znaleźć religijne uzasadnienie dla tego, co akurat uważa za słuszne. Nie musi zadawać pytań, ponieważ zna odpowiedzi, zanim jeszcze pojawi się problem. Nie musi sprawdzać, czy kogoś krzywdzi, ponieważ jest przekonana, że działa w imię dobra. A jeżeli ktoś cierpi, najwyraźniej nie zrozumiał planu, którego ona jest tak pewna.
Zawsze bardziej niepokoiła mnie ludzka pewność niż niewiedza. Niewiedza pozostawia przestrzeń na pytanie, weryfikację, zmianę zdania. Pewność, szczególnie moralna, potrafi tę przestrzeń całkowicie zamknąć. Człowiek przestaje wtedy sprawdzać, czy jego postępowanie rzeczywiście jest dobre. Wystarcza mu przekonanie, że stoi po właściwej stronie. I właśnie w tym momencie zaczyna się coś, co uważam za znacznie bardziej niebezpieczne niż świadome okrucieństwo: krzywdzenie innych przy jednoczesnym przekonaniu o własnej nieskazitelności.
Bev nie potrzebuje potwora, żeby stać się zagrożeniem. Potwór daje jej jedynie kolejną okazję do wykorzystania mechanizmów, które stosowała wcześniej. Wyklucza, ocenia, manipuluje i ustanawia zasady, którym inni powinni się podporządkować. Potrafi przy tym zachować pozory troski. Jej przemoc nie zawsze jest gwałtowna. Często przybiera postać spokojnego tonu, cytatu z Pisma Świętego i zapewnienia, że wszystko odbywa się dla czyjegoś dobra. To właśnie ten rodzaj przemocy uważam za szczególnie trudny do rozpoznania, ponieważ jej sprawca nie musi wyglądać jak agresor. Może wyglądać jak osoba najbardziej zaangażowana w życie społeczności.
Jako osoba w spektrum mam szczególną wrażliwość na sprzeczność między deklarowanymi zasadami a rzeczywistym zachowaniem. Nie chodzi o to, że osoby autystyczne zawsze dostrzegają takie sprzeczności lepiej od innych. Chodzi o moje własne doświadczenie: kiedy ktoś mówi o uczciwości, a następnie manipuluje, kiedy deklaruje szacunek, ale nie respektuje granic, kiedy wymaga przestrzegania zasad, których sam nie stosuje, trudno mi uznać to za nieistotny szczegół. Widzę niespójność i chcę zrozumieć, dlaczego otoczenie tak często potrafi ją zaakceptować.
Crockett Island jest pod tym względem niemal laboratoryjnym przykładem działania presji społecznej. Mieszkańcy znają się od lat. Religia nie jest wyłącznie prywatnym przekonaniem, ale częścią wspólnotowej tożsamości. Uczestnictwo w nabożeństwach, podporządkowanie autorytetom i odpowiednie zachowanie stają się sposobem potwierdzania przynależności. Kiedy zaczynają dziać się rzeczy niepokojące, zakwestionowanie ich oznacza coś więcej niż wyrażenie odmiennej opinii. Może oznaczać utratę miejsca we wspólnocie. A człowiek jest w stanie zaakceptować zaskakująco wiele, jeśli alternatywą jest samotność.
Właśnie dlatego tak ważna jest postać Riley’ego. Nie potrafi już wierzyć w sposób, którego oczekuje od niego otoczenie. Jego doświadczenie winy i cierpienia nie daje się zamknąć w prostym stwierdzeniu, że wszystko wydarzyło się z jakiegoś powodu. Nie znajduje ukojenia w gotowych odpowiedziach. I chociaż jego historia jest tragiczna, widzę w nim człowieka, który przynajmniej nie próbuje oszukać samego siebie. Nie twierdzi, że śmierć dziewczyny była konieczna dla jego duchowego rozwoju. Nie zamienia jej w element większego planu. Pozostawia ją tym, czym była: tragedią, za którą ponosi odpowiedzialność.
Sceny spotkań Anonimowych Alkoholików są dla mnie jednymi z najważniejszych w całym serialu. Riley i ojciec Paul rozmawiają o uzależnieniu, wierze, przebaczeniu i potrzebie odnalezienia sensu. Tylko że każdy z nich rozumie te pojęcia inaczej. Riley zna doświadczenie utraty kontroli. Wie, jak łatwo człowiek potrafi znaleźć usprawiedliwienie dla zachowania, którego konsekwencji nie chce zobaczyć. Ojciec Paul również jest człowiekiem zależnym od czegoś, co obiecuje mu ulgę. Jego uzależnienie nie ma jednak postaci alkoholu. Jest nim obietnica cofnięcia straty, odzyskania młodości, naprawienia przeszłości i pokonania śmierci. Im więcej otrzymuje, tym trudniej mu przyznać, że cena może być zbyt wysoka.
I właśnie tutaj widzę najciekawszy paradoks Midnight Mass. Serial opowiada o nieśmiertelności, ale niemal każdy jego bohater w rzeczywistości zmaga się ze śmiercią. Riley nie może zapomnieć o dziewczynie, która zginęła. Erin mierzy się ze stratą i własną śmiertelnością. Ojciec Paul próbuje odzyskać czas, którego nie przeżył tak, jak pragnął. Mildred staje wobec życia, które minęło. Annie i Ed Flynn próbują ocalić rodzinę, której nie potrafią już ochronić przed wszystkim. Nawet Bev, tak pewna zbawienia, w ostatecznej konfrontacji ze śmiercią ujawnia coś, czego nie da się ukryć pod religijną retoryką: przerażenie.
Jej ostatnie chwile należą do najbardziej znaczących scen serialu. Kobieta, która przez cały czas potrafiła mówić innym, jak powinni przyjmować śmierć i ufać boskiemu planowi, sama desperacko próbuje się przed nią ukryć. Nie widzę w tej scenie wyłącznie kary za hipokryzję. Widzę moment, w którym rozpada się konstrukcja psychiczna oparta na przekonaniu, że właściwe postępowanie, właściwa wiara i właściwa pozycja zapewnią jej szczególne miejsce w świecie. Śmierć nie uznaje tych przywilejów. I nagle Bev zostaje bez języka, którym przez lata tłumaczyła rzeczywistość.
Ale najbardziej poruszający jest dla mnie nie jej koniec, lecz rozmowy Erin i Riley’ego o tym, co dzieje się po śmierci. Flanagan pozwala im przedstawić różne wizje końca życia, nie sprowadzając żadnej z nich do prostego zwycięstwa nad drugą. Riley widzi śmierć przez pryzmat biologii, ustania świadomości i procesów zachodzących w mózgu. Erin początkowo potrzebuje wyobrażenia dalszego istnienia, spotkania i odzyskania tego, co utraciła. Ich perspektywy nie są identyczne, ale obie wyrastają z bardzo ludzkiej potrzeby poradzenia sobie z nieuchronnością.
W finale Erin dochodzi do innego sposobu rozumienia istnienia. Jej monolog można interpretować jako doświadczenie duchowej jedności, ale również jako próbę przekroczenia lęku przed indywidualnym końcem. Człowiek przestaje być odrębną, zamkniętą historią, a staje się częścią czegoś większego. Nie muszę odczytywać tego religijnie, żeby rozumieć emocjonalną siłę tej sceny. Wystarczy pomyśleć o tym, że nasze ciała, wspomnienia, relacje i działania nigdy nie istnieją całkowicie w izolacji. Zmieniamy innych ludzi. Pozostawiamy konsekwencje. Jesteśmy częścią historii, które rozpoczęły się przed nami i będą trwały po nas.
Nie oznacza to jednak, że śmierć przestaje być bolesna. I bardzo dobrze, że Flanagan nie próbuje jej unieważnić. Utrata pozostaje utratą, nawet jeśli potrafimy nadać jej znaczenie.
Dlatego Midnight Mass jest dla mnie jednym z najbardziej dojrzałych seriali Flanagana. W Hill House pytał, co dzieje się z człowiekiem, który nie potrafi opuścić własnej przeszłości. W Bly Manor zastanawiał się, czy można kochać, nie próbując zatrzymać drugiej osoby na zawsze. Tutaj idzie jeszcze dalej. Pyta, czy potrafimy zaakceptować fakt, że wszystko, co kochamy, jest nietrwałe, nie zamieniając własnego lęku w przemoc wobec innych.
Bo ojciec Paul nie sprowadza katastrofy na wyspę wyłącznie dlatego, że wierzy w cud. Sprowadza ją również dlatego, że nie potrafi pogodzić się z granicami ludzkiego życia. Chce odzyskać czas. Chce naprawić wybory. Chce, żeby miłość nie musiała kończyć się stratą. Jego pragnienia są zrozumiałe. Problem polega na tym, że próbuje je zrealizować, odbierając innym możliwość świadomego wyboru.
I tutaj historia zatacza koło.
Bev potrzebuje pewności, że ma rację. Ojciec Paul potrzebuje pewności, że odkrył cud. Mieszkańcy potrzebują pewności, że ich cierpienie zostanie wynagrodzone. Wszyscy próbują pozbyć się niepewności, która jest nieodłączną częścią życia.
A przecież właśnie zdolność do życia bez ostatecznych odpowiedzi może być jedną z najważniejszych form dojrzałości.
Nie muszę wiedzieć, co wydarzy się po śmierci, żeby uznać życie za wartościowe. Nie muszę wierzyć, że każde cierpienie ma cel, żeby traktować cierpiącego człowieka z troską. Nie potrzebuję obietnicy wieczności, żeby wiedzieć, że bliskość ma znaczenie.
I może dlatego w Midnight Mass najbardziej przerażają mnie nie ludzie, którzy stracili wiarę.
Najbardziej przerażają mnie ci, którzy stracili zdolność wątpienia.
Bo wątpliwość nie zawsze jest słabością. Czasem jest ostatnią granicą oddzielającą przekonanie od fanatyzmu, troskę od kontroli i wiarę od przemocy.
A potwór?
Potwór był tylko istotą, którą ludzie postanowili nazwać aniołem.
FILM SIĘ SKOŃCZYŁ. MY JESZCZE NIE.
Wejdź głębiej. Akta, rozmowy Po seansie, Sala Projekcyjna i Pokój 13 czekają po drugiej stronie.


Dodaj komentarz