depresja jesienno-zimowa-depresja w spektrum-jesień a nastrój-neuroatypowość a depresja-osobisty tekst depresja-przeciążenie emocjonalne spektrum-spektrum autyzmu depresja-wycofanie w depresji

Jesień zawsze odkrywa to, co próbuję schować — a zimą wszystko we mnie ciemnieje jeszcze mocniej.

Jestem i mnie brak —
świat tego nie zauważa,
ja — aż za bardzo.

Kiedy świat zaczyna przygasać

Są takie okresy w roku, kiedy depresja nie przychodzi powoli. Nie skrada się. Nie ostrzega.

Po prostu siada obok — tak blisko, że trudno oddychać.

Jesień i zima są dla mnie jak grawitacja, która nagle wzrasta. Nic się nie zmienia „na zewnątrz”, a jednak każdy ruch, najmniejsza decyzja, zwykłe wstanie z łóżka — wszystko kosztuje za dużo.

Jakby świat założył mi ciężki szalik z kamieni i kazał w nim chodzić tak, jak gdybym nadal była lekka.

To nie jest melancholia. To nie jest „sezonowe pogorszenie nastroju”.

To jest zaostrzenie czegoś, co i tak noszę w sobie przez cały rok.


Kiedy coś we mnie pęka, zanim zdążę to nazwać

Depresja najbardziej rośnie wtedy, kiedy narusza się moja rutyna.

Kiedy wydarza się coś osobistego, trudnego, bolesnego — coś, na co nie mam wpływu.

Mój świat jest zbudowany z rzeczy, które trzymają mnie w pionie:

przewidywalność, cisza, rytm, drobne rutyny, których nikt nie widzi.

Kiedy jakaś z nich zostaje naruszona, czuję to fizycznie.

Jakby ktoś zepsuł we mnie mechanizm, którego nie da się od razu naprawić.

Emocje zaczynają się piętrzyć: te teraźniejsze i te dawno minione.

Wszystkie naraz.

Zbyt intensywne, zbyt głośne, zbyt szybkie.

I nagle mój system nie wyrabia.

Zaczynam się cofać.

Wycofuję się do tego miejsca w sobie, które jest zimne, ciche i pozbawione światła, ale w którym nikt mnie nie dotyka.


Powrót do własnego świata

Kiedy robi się źle, wracam do mojego wewnętrznego pokoju — tego, który znam od lat.

Wracam do analiz, do ciszy, do długiego patrzenia w ścianę.

Wracam do samotności, która nie jest wyborem, tylko mechanizmem przetrwania.

Nie odpisuję. Nie rozmawiam. Nie wychodzę.

Nie dlatego, że nie chcę, tylko dlatego, że nie umiem.

W środku czuję skołatanie, które nie ma końca.

Jakby serce i myśli biegły w różnych kierunkach, ale żadne nie prowadziło do jakiegoś „dalej”.

Zdarza mi się myśleć — nie dramatycznie, nie teatralnie — tylko sucho, z ciężarem osiadającym wewnątrz jak zimny dym:

jak dobrze byłoby na chwilę przestać istnieć.

Nie widzieć nic, nie nadążać za światem, nie musieć składać się z powrotem.

Nie chcę umierać.

Chcę zniknąć.

Choćby na jeden dzień, tydzień, miesiąc.


Niewidzialność, która boli bardziej niż wszystko inne

Depresja sprawia, że czuję się niewidzialna.

Tak jakbym przesuwała się między ludźmi, ale nikt nie zauważał pęknięć, które noszę pod skórą.

Czuję się niepotrzebna — nawet jeśli wiem racjonalnie, że to nieprawda.

Ale w depresji racjonalność nie ma żadnej siły.

Nie przebija się.

Nawet jeśli krzyczy.

Jest we mnie takie pytanie, które wraca w trudniejszych chwilach:

Gdybym zniknęła, czy ktoś zauważyłby naprawdę? Czy tylko kalendarz i obowiązki zrobiłyby się cichsze?


Cisza, która zostaje, kiedy nikt nie widzi

Piszę to, bo depresja w spektrum nie zawsze wygląda jak smutek.

Czasem wygląda jak przeciążenie sensoryczne.

Jak wycofanie.

Jak zbyt długa cisza.

Jak analizowanie każdej drobnej emocji tak długo, że zostaje tylko zmęczenie.

Czasem wygląda jak idealnie napisany tekst — i kompletny brak siły, żeby wstać z łóżka.


I jedno zdanie, które często powtarzam w głowie

To minie, tak jak zawsze mijało — ale póki co boli naprawdę.

I pozwalam sobie to czuć.

Nawet jeśli świat wolałby, żebym była silniejsza, cichsza, mniej skomplikowana.

IG: Agnieszka

IG: Paweł

IG: Katarzyna

Zostaw odpowiedź

No responses yet

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z Głos w Spektrum

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej