autystyczna perspektywa-autyzm i relacje-bliskość w spektrum autyzmu-ciszej o mnie-przyjaźń i autyzm

O samotności, która nie była wyborem, o przyjaźni, która przyszła późno, i o tym, że osoby w spektrum szukają bliskości – ale często szukają jej głębiej.

Nie szukam tłumu.
Wystarczy jedno spojrzenie.
I miejsce obok.

Zawsze trochę obok

Przez większość życia miałam poczucie, że stoję gdzieś obok innych ludzi. Nie dlatego, że nie chciałam być częścią grupy. Nie dlatego, że nie potrzebowałam relacji. Wręcz przeciwnie. Chciałam być rozumiana tak samo jak każdy człowiek. Chciałam mieć swoje miejsce. Chciałam należeć.

Problem polegał na tym, że bardzo rzadko czułam, że naprawdę należę.

Od dziecka obserwowałam, jak łatwo innym przychodzi budowanie znajomości. Rozmowy zdawały się płynąć same. Ludzie spotykali się, dzwonili do siebie, utrzymywali kontakty bez większego wysiłku. Dla mnie wszystko wydawało się bardziej skomplikowane. Jakby między mną a resztą świata znajdowała się cienka, przezroczysta szyba.

Widziałam innych ludzi. Słyszałam ich. Byłam obok nich.

Ale bardzo często nie potrafiłam znaleźć drogi do środka.

Przez długi czas myślałam, że to moja wina. Że jestem zbyt dziwna, zbyt wycofana, zbyt skupiona na swoich zainteresowaniach. Że po prostu nie umiem być taka jak inni.

Dopiero wiele lat później zrozumiałam, że nie chodziło o brak chęci. Chodziło o zupełnie inny sposób budowania więzi.


Samotność nie wygląda tak, jak myślą inni

Ludzie często zakładali, że skoro spędzam dużo czasu sama, to właśnie tego potrzebuję.

Prawda była bardziej skomplikowana.

Lubiłam samotność. Nadal ją lubię. Potrzebuję ciszy, przestrzeni i możliwości pobycia sama ze sobą. Potrzebuję godzin spędzonych na pisaniu, czytaniu, analizowaniu, tworzeniu i porządkowaniu własnego świata.

Ale lubienie samotności nie oznacza braku potrzeby bliskości.

To dwie zupełnie różne rzeczy.

Najbardziej samotna nie byłam wtedy, gdy siedziałam sama w mieszkaniu.

Najbardziej samotna byłam wtedy, gdy siedziałam wśród ludzi i czułam, że nikt mnie nie rozumie.

Gdy wkładałam ogromny wysiłek w rozmowę, a mimo to czułam się niewidzialna.

Gdy próbowałam dopasować się do grupy i wracałam do domu z poczuciem jeszcze większego wyobcowania.

Myślę, że wiele osób w spektrum zna ten rodzaj samotności.

To nie jest brak ludzi wokół.

To brak poczucia, że można przy nich zdjąć zbroję.


Przyjaźń po mojemu

Dopiero po diagnozie zaczęłam rozumieć, że moje potrzeby w relacjach nie są gorsze ani mniejsze od potrzeb innych ludzi.

Są po prostu inne.

Nigdy nie potrzebowałam dużej grupy znajomych.

Nigdy nie marzyłam o tym, żeby telefon nie przestawał dzwonić.

Nie potrzebowałam codziennych rozmów o wszystkim i o niczym.

Potrzebowałam kilku osób, którym mogłam zaufać.

Kilku osób, przy których nie musiałam pilnować każdego słowa.

Kilku osób, które rozumiały, że czasami znikam nie dlatego, że przestały być ważne, ale dlatego, że mój układ nerwowy potrzebuje odpoczynku.

Dla mnie przyjaźń zawsze była czymś głębszym niż częstotliwość kontaktu.

Przyjaźń oznaczała poczucie bezpieczeństwa.

Poczucie, że mogę być sobą.

Poczucie, że nie muszę tłumaczyć każdej swojej reakcji.


Ewa i dowód na to, że można być sobą

Jedną z takich osób jest Ewa.

Znamy się od czasów liceum.

Ale prawdziwa przyjaźń przyszła znacznie później.

Przez lata nasze drogi przeplatały się i rozchodziły. Dopiero w dorosłości okazało się, że potrafimy spotkać się w miejscu, w którym żadna z nas nie musi niczego udawać.

Nigdy nie próbowała mnie zmieniać.

Nigdy nie sugerowała, że byłoby mi łatwiej, gdybym była bardziej towarzyska, bardziej spontaniczna albo mniej wrażliwa.

Przy niej nie muszę tłumaczyć swojej ciszy.

Nie muszę przepraszać za zmęczenie.

Nie muszę zakładać kolejnej maski.

To brzmi prosto, ale dla osoby, która przez większość życia próbowała dopasować się do oczekiwań innych ludzi, jest czymś bezcennym.


Kiedy przyjaźń staje się czymś więcej

Przez wiele lat byłam przekonana, że miłość jest czymś, czego prawdopodobnie nigdy nie doświadczę tak jak inni.

Nie szukałam jej.

Nie goniłam za nią.

Nie czekałam na romantyczne historie.

A potem wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałam.

Najpierw pojawiła się przyjaźń.

Długa, spokojna, budowana bez pośpiechu.

Najpierw poznawaliśmy swoje myśli.

Potem swoje lęki.

Potem swoje granice.

Najpierw nauczyliśmy się wspólnie myśleć i rozumieć świat.

Dopiero później pojawiło się uczucie.

Nie wybuchło.

Nie spadło z nieba.

Nie przyszło jak burza.

Przyszło powoli.

Osadzało się między kolejnymi rozmowami.

Między słowami, które z czasem przestawały być tylko słowami.

I chyba właśnie dlatego było dla mnie tak ważne.

Bo po raz pierwszy poczułam, że bliskość nie wymaga rezygnacji z siebie.


Nie potrzebowałam wielu ludzi

Dzisiaj, kiedy patrzę na swoje życie, wiem już, że nigdy nie chodziło o liczbę relacji.

Nie potrzebowałam tłumu.

Nie potrzebowałam dziesiątek znajomych.

Potrzebowałam ludzi, przy których mogę być autentyczna.

Ludzi, którzy nie próbują mnie naprawiać.

Ludzi, którzy rozumieją, że cisza nie oznacza odrzucenia.

Ludzi, którzy nie oczekują, że stanę się kimś innym, żeby zasłużyć na ich obecność.

Myślę, że przez wiele lat szukałam miejsca, do którego mogłabym należeć.

Dzisiaj wiem, że nie muszę należeć do wszystkich.

Wystarczy, że należę do kilku osób, które widzą mnie naprawdę.

I może właśnie na tym polega przyjaźń.

Nie na liczbie spotkań.

Nie na liczbie wiadomości.

Ale na poczuciu, że gdzieś na świecie są ludzie, przy których nie trzeba się chować.

A dla osoby w spektrum to czasami znaczy więcej niż cokolwiek innego.

IG: Agnieszka

IG: Paweł

Zostaw odpowiedź

No responses yet

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z Głos w Spektrum

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej