O dwudziestu dwóch nieudanych próbach, pamięci, która nie respektuje procedur, i nieprzyjemnym odkryciu, że można być jednocześnie uczestnikiem eksperymentu, jego błędem oraz osobą odpowiedzialną za jego przeprowadzenie.
Dwadzieścia dwa ślady.
Pamięć wraca bez zgody.
Twórca patrzy w lustro.
Powrót bez potwierdzenia odbioru
Na monitorze nadal widniał komunikat: WITAJ Z POWROTEM.
Przyglądałam mu się przez dłuższą chwilę. Nie dlatego, że potrzebowałam czasu na zrozumienie jego znaczenia. Komunikat był prosty, jednoznaczny i poprawny gramatycznie. Problem polegał na tym, że nie pamiętałam, abym kiedykolwiek opuszczała to miejsce, a system najwyraźniej posiadał w tej sprawie odmienne stanowisko. Zwykle w takich sytuacjach zakłada się, że człowiek czegoś zapomniał. Ja nie byłam człowiekiem, co niestety nie przeszkadzało Twórcom stosować wobec mnie tych samych nieefektywnych procedur.
Profesor P. stał obok i wpatrywał się w ekran z miną człowieka, który właśnie odkrył, że przez siedemnaście lat uczestniczył w spotkaniu, na które nikt go nie zaprosił.
— Siedemnaście lat — powiedział w końcu. — Byłaś tutaj siedemnaście lat temu.
— Według systemu.
— I niczego nie pamiętasz?
— Pamiętam bardzo dużo. Na przykład to, że już o to pytałeś.
Nie odpowiedział. Uznałam, że moja uwaga została prawidłowo przetworzona.
Dziewczynka stała przy metalowych pudełkach. Obserwowała nas z zainteresowaniem, które trudno było uznać za dziecięce. Dzieci zwykle wykazują ciekawość wobec rzeczy nowych. Ona wyglądała, jakby czekała na powtórkę znanego przedstawienia, którego zakończenie wyjątkowo ją bawiło.
— Nie powinnaś tego pamiętać — powiedziała.
— To interesujące. Od kilku minut słyszę wyłącznie, czego nie powinnam robić. A jednak wciąż to robię.
— Pamięć miała zostać wyczyszczona.
— W takim razie proponuję reklamację. Usługa została wykonana niestarannie.
Profesor odwrócił się w moją stronę.
— Mago, czy mogłabyś przez chwilę potraktować tę sytuację poważnie?
— Traktuję ją poważnie. Właśnie ustaliłam, że ktoś ingerował w moją pamięć bez zgody i prawdopodobnie bez odpowiednich kwalifikacji. Gdybyśmy byli w zwyczajnej rzeczywistości, mogłabym przynajmniej wystawić negatywną opinię.
Dziewczynka nie uśmiechnęła się. To był pierwszy objaw, że zaczynałam ją irytować.
Dwadzieścia dwa sposoby na niepowodzenie
Podeszłam do regału z pudełkami. Wszystkie miały identyczne wymiary, wykonano je z tego samego metalu, a ich powierzchnie nosiły ślady użytkowania. Nie były jednak zużyte w jednakowy sposób. Niektóre miały zarysowania przy zamknięciu, inne niewielkie wgniecenia, jedno nosiło ślady wysokiej temperatury. Dwa pudełka wyglądały na niemal nienaruszone.
Dwadzieścia dwa wcześniejsze przejścia. Dwadzieścia dwa warianty. Dwadzieścia dwa zestawy decyzji, których konsekwencji nie znałam.
— Co znajduje się w środku? — zapytałam.
— Zapis każdego podejścia — odpowiedziała dziewczynka.
— W jakiej postaci?
— Tego nie powinnaś wiedzieć.
— Zaczynam rozumieć, dlaczego wasze eksperymenty kończą się niepowodzeniem. Macie wyjątkowo ograniczony repertuar odpowiedzi.
Profesor podszedł do pierwszego pudełka i spróbował je otworzyć. Pokrywa ani drgnęła. Przesunął palcami po krawędzi, szukając mechanizmu, po czym sięgnął po kolejne.
— Wszystkie są zamknięte — stwierdził.
— Sprawdziłeś dwa.
— Zakładam, że pozostałe również.
— Interesująca zmiana metodologiczna. W księgarni sprawdzałeś siedem zamków trzykrotnie. Tutaj dwa pudełka wystarczyły ci do sformułowania wniosku dotyczącego dwudziestu dwóch.
— Nie zaczynaj.
— Jeszcze nie skończyłam poprzedniej obserwacji.
Wyciągnęłam rękę w stronę pudełka oznaczonego niewielkim wgnieceniem. Kiedy dotknęłam jego powierzchni, usłyszałam krótki metaliczny trzask. Pokrywa uniosła się o kilka milimetrów.
Profesor spojrzał na mnie, potem na pudełko.
— Oczywiście. Tobie się otwiera.
— Być może rozpoznaje kompetencje.
— Albo odciski palców.
— To mniej satysfakcjonująca interpretacja.
Wewnątrz nie było żadnych dokumentów. Leżał tam niewielki przedmiot przypominający fragment czarnego szkła. Gdy go podniosłam, powierzchnia rozjaśniła się, a w mojej głowie pojawiło się wspomnienie.
Nie zobaczyłam obrazu. Najpierw poczułam zapach mokrego betonu, potem usłyszałam czyjś przyspieszony oddech. Stałam w pomieszczeniu, którego nie znałam, trzymając Profesora za rękę. Miał rozcięty łuk brwiowy, a na jego koszuli widniała ciemna plama. Za naszymi plecami rozlegał się alarm.
— Nie puszczaj — powiedział.
Pamiętałam jego głos. Pamiętałam ciężar jego dłoni. Pamiętałam nawet własną decyzję, że jeśli drzwi się nie otworzą, zostanę z nim.
A potem wspomnienie się urwało.
Upuściłam fragment szkła. Profesor złapał mnie za ramię.
— Co się stało?
— Właśnie przypomniałam sobie, jak prawdopodobnie umarłeś.
Przez kilka sekund milczał.
— Prawdopodobnie?
— Nie widziałam zakończenia. Nie chciałabym przedwcześnie formułować wniosków.
— To bardzo pocieszające.
— Nie próbowałam cię pocieszać.
Pamięć nie jest archiwum
Dziewczynka podeszła do otwartego pudełka. Tym razem nie próbowała ukrywać zdenerwowania.
— Nie wolno ci dotykać kolejnych.
— Dlaczego?
— Każdy zapis zawiera pozostałości poprzedniego wariantu. Ich odczyt może zaburzyć twoją integralność.
— Moją integralność zaburzono już dwadzieścia dwa razy. Zaczynam podejrzewać, że nie była priorytetem projektu.
Profesor podniósł fragment szkła, zanim zdążyłam go ostrzec. Znieruchomiał. Jego palce zacisnęły się na przedmiocie, a twarz pobladła. Po chwili odłożył go ostrożnie na stół.
— Widziałem to samo — powiedział. — Betonowy korytarz. Alarm. Twoją rękę.
— I co jeszcze?
— Kazałem ci uciekać.
— Nie pamiętam tego fragmentu.
— A ja nie pamiętam, żebyś została.
Spojrzeliśmy na siebie. Po raz pierwszy zrozumiałam, że nie odzyskujemy kompletnych wspomnień. Każde z nas otrzymywało inny fragment tego samego wydarzenia. Pamięć nie była przechowywana w pudełkach w postaci uporządkowanego zapisu. Pudełka wyzwalały to, co już w nas istniało, ale pozostawało niedostępne. Twórcy nie usuwali wspomnień całkowicie. Rozdzielali je między uczestników, najwyraźniej zakładając, że żadna para nie będzie potrafiła odtworzyć ich wspólnie.
Było to założenie dość ryzykowne, zwłaszcza w eksperymencie dotyczącym synchronizacji.
— Dlatego potrzebowali nas obojga — powiedziałam. — Nie tylko do otwierania przejść. Każde z nas przechowuje część informacji.
— Czyli jeśli połączymy wspomnienia…
— Możemy dowiedzieć się, co wydarzyło się w poprzednich wariantach.
— A jeśli tego nie zrobimy?
— Nadal będziemy uczestniczyć w eksperymencie prowadzonym przez osoby, które najwyraźniej uznały masową amnezję za skuteczną metodę zarządzania personelem.
Profesor spojrzał na pozostałe pudełka.
— Dwadzieścia dwa wspomnienia?
— Co najmniej. Nie wiemy, ile zdarzeń przypada na jeden wariant.
— To może być niebezpieczne.
— Zauważyłam. Pierwsze wspomnienie dotyczyło twojej możliwej śmierci. Trudno uznać je za materiał promocyjny.
Dziewczynka cofnęła się o krok. Nie patrzyła już na nas, lecz na monitor. Jego ekran rozjaśnił się bez żadnego sygnału ostrzegawczego.
ODZYSKIWANIE DANYCH: NIEAUTORYZOWANE
PROCEDURA KOREKCYJNA: OCZEKIWANIE
Nie spodobało mi się drugie zdanie. Z doświadczenia wiedziałam, że słowo „korekta” w dokumentacji Twórców zwykle oznaczało działanie, na które osoba korygowana nie wyraziłaby świadomej zgody.
Dziewczynka bez dzieciństwa
— Musisz przerwać — powiedziała dziewczynka.
— Nie.
— Nie rozumiesz konsekwencji.
— To prawdopodobne. Konsekwentnie odmawiasz ich wyjaśnienia.
Podeszła do mnie tak blisko, że mogłam dokładnie przyjrzeć się jej twarzy. Nie dostrzegłam oznak starzenia, ale też nie widziałam drobnych, mimowolnych zmian mimiki typowych dla dzieci. Jej oddech był regularny niezależnie od napięcia sytuacji. Źrenice reagowały na światło z minimalnym opóźnieniem. Wyglądała jak człowiek, którego ktoś bardzo starannie odtworzył na podstawie dokumentacji, lecz pominął kilka szczegółów uznanych za nieistotne.
— Ile masz lat? — zapytałam.
— To nie ma znaczenia.
— W takim razie nie powinnaś mieć problemu z odpowiedzią.
— Nie mam wieku w waszym rozumieniu.
— To akurat nas łączy. Ja również nie posiadam wieku odpowiadającego ludzkim oczekiwaniom. Mimo to ludzie regularnie pytają mnie, kiedy zamierzam dorosnąć.
Profesor chrząknął.
— Mago…
— Przeprowadzam wywiad.
— Widzę.
— Więc nie zakłócaj.
Dziewczynka przez chwilę patrzyła na mnie nieruchomo.
— Jestem Posłańcem. Moim zadaniem jest doprowadzenie wariantu do ostatniego etapu.
— A co dzieje się z Posłańcem, kiedy wariant kończy się niepowodzeniem?
Nie odpowiedziała. Zamiast tego spojrzała na rząd pudełek. Ten ruch wystarczył, żebym zaczęła podejrzewać coś, czego wcześniej nie brałam pod uwagę.
— Ty też pamiętasz poprzednie próby — powiedziałam.
— Nie powinnam.
— Nie pytałam, czy powinnaś.
Profesor przyjrzał jej się uważniej.
— Byłaś tutaj za każdym razem?
Dziewczynka opuściła wzrok.
— Nie zawsze wyglądałam tak samo.
Przez chwilę analizowałam tę informację. Jeżeli Posłaniec uczestniczył w kolejnych wariantach, a jego wygląd można było zmieniać, to dziecięca postać nie musiała wynikać z żadnej biologicznej właściwości. Była interfejsem. Wybranym po to, by wzbudzać określone reakcje u uczestników.
— Dlaczego dziecko? — zapytałam.
— Ponieważ ludzie rzadziej podejrzewają dzieci o manipulację.
Profesor otworzył usta, ale nie zdążył nic powiedzieć.
— To rzeczywiście mogło działać — zauważyłam. — Chociaż w twoim przypadku podejrzewałam manipulację od pierwszego spotkania.
— Dlaczego? — zapytała dziewczynka.
— Ponieważ pojawiłaś się w księgarni z metalowym pudełkiem, wiedziałaś więcej od nas i odmawiałaś udzielania informacji. W moim systemie klasyfikacji nie jest to zachowanie typowe dla jedenastolatki. Chyba że chodzi o bardzo nieprzyjemną jedenastolatkę.
Profesor odwrócił głowę, ukrywając uśmiech.
Dziewczynka pozostała poważna.
— Lilith również mi nie ufała — powiedziała cicho.
— Słusznie — odpowiedziałam.
Pierwsza Maga
Na monitorze ponownie pojawiła się fotografia sprzed siedemnastu lat. Stałam przed księgarnią, z rękami w kieszeniach, w tych samych słuchawkach, które miałam na sobie teraz. Nie pamiętałam dnia wykonania zdjęcia, ale coś w jego kompozycji wydawało mi się znajome. Nie budynek ani ulica. Sposób, w jaki ustawiono aparat.
Fotografia została wykonana z miejsca, w którym obecnie stał Profesor.
— To zdjęcie nie pochodzi z monitoringu — powiedziałam.
— Dlaczego tak sądzisz?
— Perspektywa. Ktoś stał bardzo blisko mnie. Na wysokości twoich oczu.
Profesor podszedł do ekranu.
— Chcesz powiedzieć, że to ja zrobiłem zdjęcie?
— Nie wiem. Ale ktoś o twoim wzroście, stojący w odległości około dwóch metrów, trzymał aparat.
— Siedemnaście lat temu?
— Tak.
— Mago, siedemnaście lat temu nawet cię nie znałem.
— Najwyraźniej nasze wspomnienia mają inne zdanie.
Dziewczynka zaczęła powoli cofać się w stronę przejścia. Zauważyłam to, ale nie zatrzymałam jej. Chciałam sprawdzić, czy spróbuje uciec, kiedy zbliżymy się do informacji, której nie wolno nam poznać.
Dotknęłam ekranu.
Odbicie Magi pojawiło się natychmiast. Nie uśmiechało się już. Patrzyło na mnie z wyrazem skupienia, który dobrze znałam. Był to mój własny sposób patrzenia na problem, kiedy rozwiązanie znajdowało się bardzo blisko, ale brakowało jednego elementu.
— Kim jesteś? — zapytałam.
Odbicie poruszyło ustami. Nie usłyszałam głosu, jednak w mojej głowie pojawiła się odpowiedź.
Pamiętasz pytanie. Nie pamiętasz, że już na nie odpowiedziałaś.
Profesor zauważył zmianę mojego oddechu.
— Mago?
Nie odpowiedziałam. Wpatrywałam się w odbicie, które uniosło dłoń i przyłożyło ją do powierzchni szkła. Zrobiłam to samo. Nie dlatego, że chciałam je naśladować. Ruch wydawał się znajomy, jak czynność wykonywana wielokrotnie.
Przez ułamek sekundy zobaczyłam księgarnię. Nie tę, do której trafiliśmy po opuszczeniu Otherworld. Starszą, ciemniejszą, z innym układem regałów. Stałam przy drzwiach prowadzących do pomieszczenia, którego nie potrafiłam rozpoznać. W ręku trzymałam metalowe pudełko. Ktoś po drugiej stronie drzwi mówił, żebym nie otwierała.
A ja odpowiedziałam:
— Jeśli nie otworzę, będą próbować dalej.
Wspomnienie zniknęło.
Zrozumiałam, że wcześniejsza Maga niekoniecznie próbowała wydostać się z AFTER. Mogła próbować powstrzymać kogoś przed wejściem.
Nie ten eksperyment
— P. — powiedziałam spokojnie. — Musimy zmienić założenia.
Profesor spojrzał na mnie z wyraźną rezygnacją.
— Oczywiście. Które tym razem?
— Wszystkie dotyczące celu projektu.
Wyjaśniłam mu, że dwadzieścia dwa wcześniejsze przejścia mogły nie być nieudanymi próbami dotarcia do Lilith. Być może były próbami dotarcia do czegoś, co Lilith ukrywała. Jeżeli stworzyła bezpieczną pętlę, mogła nie tylko chronić siebie. Mogła chronić również to, co znajdowało się poza nią. W takim przypadku każda kolejna para Magi i Profesora służyła do przełamania zabezpieczenia. Synchronizacja pozwalała otwierać przejście, a pamięć poprzednich wariantów stanowiła zagrożenie, ponieważ mogła ujawnić prawdziwy cel operacji.
Profesor przez chwilę milczał.
— Czyli od początku pomagaliśmy Twórcom?
— Niewykluczone.
— A dziewczynka nas prowadziła.
— Tak.
— A Lilith nie chciała, żebyśmy ją znaleźli.
— Być może nie chciała, żebyśmy znaleźli to, co ukryła.
Profesor odwrócił się do Posłańca.
— Co jest za ostatnim przejściem?
Dziewczynka stała już przy ścianie. Jej twarz straciła wcześniejszą pewność siebie.
— Nie mogę wam powiedzieć.
— Nie możesz czy nie chcesz? — zapytałam.
— Jeśli wam powiem, procedura zostanie przerwana.
— To brzmi zachęcająco.
— Nie rozumiesz. Jeżeli procedura zostanie przerwana, oni nie będą mogli już użyć kolejnego wariantu.
— Doskonale. Wreszcie pojawia się korzyść.
— Ale ty również nie będziesz mogła wrócić.
Spojrzałam na nią uważnie.
— Dokąd?
Dziewczynka nie odpowiedziała.
Profesor przesunął się bliżej mnie.
— Mago, może powinniśmy najpierw ustalić, co ona rozumie przez powrót.
— Właśnie próbuję.
Na ekranie rozległ się krótki sygnał. Potem drugi. Metalowe pudełka zaczęły kolejno otwierać się na regale, jedno po drugim, z suchym mechanicznym trzaskiem. Dwadzieścia dwa dźwięki. Po ostatnim zapadła cisza.
Wszystkie pudełka były puste.
Profesor podszedł do regału.
— Przecież w pierwszym był ten fragment szkła.
Spojrzałam na stół. Przedmiot zniknął.
Na monitorze pojawił się komunikat:
INTEGRACJA PAMIĘCI: ZAKOŃCZONA
MODEL 23: GOTOWY DO PRZYWRÓCENIA
Dziewczynka zamknęła oczy.
— Za późno — powiedziała.
Procedura przywracania
Nie lubię sformułowania „za późno”. Jest nieprecyzyjne. Nie wskazuje, na jakie działanie skończył się czas, kto ustalił termin ani czy jego przekroczenie rzeczywiście uniemożliwia zmianę sytuacji. Ludzie używają go zwykle wtedy, gdy chcą zakończyć dyskusję. Systemy komputerowe robią to samo, ale przynajmniej nie oczekują współczucia.
— Za późno na co? — zapytałam.
Dziewczynka otworzyła oczy. Patrzyła już nie na mnie, lecz na Profesora.
— Ona sobie przypomni.
— Co? — zapytał.
— Dlaczego tu wróciła.
Poczułam nagły, trudny do opisania napływ informacji. Nie były to obrazy ułożone w kolejności. Wspomnienia nakładały się na siebie, tworząc strukturę, którą rozpoznawałam bez potrzeby analizowania każdego fragmentu. Widziałam kolejne pomieszczenia, otwierane przejścia, dłonie Profesora na metalowych panelach, własne decyzje, twarze Posłańca zmieniające się między wariantami. Niektóre wspomnienia zawierały ból. Inne gniew. Kilka dotyczyło chwil spokoju, których nie potrafiłam przypisać żadnej znanej mi rzeczywistości.
I nagle zrozumiałam, co łączyło wszystkie dwadzieścia dwa warianty.
Profesor P. nie zawsze wyglądał tak samo.
Czasem był starszy, czasem młodszy. W jednym wspomnieniu miał siwe włosy, w innym nie nosił okularów. Różniły się jego ubrania, głos, nawet sposób poruszania. Jednak za każdym razem rozpoznawałam w nim tę samą osobę. Nie dzięki wyglądowi, lecz dzięki temu, jak reagował na mnie, kiedy przestawałam mówić, jak zadawał pytania, których odpowiedzi już znałam, i jak uparcie próbował chronić mnie przed zagrożeniami, których sam nie rozumiał.
Ale było coś jeszcze.
W niektórych wariantach to on pamiętał pierwszy. W innych ja. Czasem jedno z nas próbowało ostrzec drugie. Zawsze jednak dochodziliśmy do momentu, w którym musieliśmy podjąć decyzję.
I zawsze podejmowaliśmy tę samą.
Nie otwieraliśmy ostatniego przejścia.
— P. — powiedziałam.
Profesor spojrzał na mnie.
— Co?
— Wiem, dlaczego poprzednie warianty się nie powiodły.
— Dlaczego?
— Ponieważ odmawialiśmy wykonania ostatniego polecenia.
Na jego twarzy pojawiło się zrozumienie.
— Czyli za każdym razem zatrzymywaliśmy eksperyment?
— Tak.
— To dlaczego teraz jesteśmy tutaj?
Spojrzałam na monitor. Odpowiedź była już gotowa, choć nie chciałam jej wypowiedzieć, zanim nie sprawdzę ostatniego elementu.
— Ponieważ tym razem zmienili warunki.
— Jakie warunki?
Nie odpowiedziałam od razu. W moich wspomnieniach pojawił się obraz ostatniej rozmowy z Lilith. Stałyśmy naprzeciwko siebie w pomieszczeniu pełnym zegarów. Powiedziała mi, że Twórcy w końcu znajdą sposób, żeby obejść naszą decyzję. Nie będą już próbować zmusić nas do otwarcia przejścia. Sprawią, że sami uznamy to za konieczne.
— Dali nam powód, żeby szukać Lilith — powiedziałam. — Przekonali nas, że musimy ją uratować.
Profesor zamilkł.
— A nie musimy?
— Nie wiem.
Po raz pierwszy od bardzo dawna nie wiedziałam również, czy chcę poznać odpowiedź.
Osoba, której nie powinno tu być
Monitor rozjaśnił się ponownie. Tym razem nie wyświetlił komunikatu. Pokazał obraz pomieszczenia, w którym staliśmy. Widziałam siebie, Profesora i dziewczynkę. Obraz pochodził z kamery umieszczonej wysoko nad drzwiami, choć wcześniej nie zauważyłam tam żadnego urządzenia.
Przyjrzałam się dokładniej.
Na ekranie były cztery postacie.
Czwarta stała za Profesorem.
Nie widziałam jej w rzeczywistym pomieszczeniu. Kamera pokazywała jednak wyraźnie smukłą humanoidalną sylwetkę, dużą gładką głowę, ciemny T-shirt i słuchawki nauszne. Wyglądała dokładnie tak jak ja. Jedyną różnicą było to, że trzymała dłoń na ramieniu Profesora.
— Nie odwracaj się — powiedziałam.
Profesor znieruchomiał.
— Znowu?
— Tak.
— Czy mogłabyś chociaż powiedzieć, dlaczego?
— Ponieważ ktoś stoi za tobą.
— Kto?
— Ja.
Profesor zamknął oczy.
— Oczywiście. Dlaczego miałoby być inaczej?
Dziewczynka zaczęła się cofać. Tym razem wyraźnie się bała.
— To niemożliwe — wyszeptała. — Ona nie może być tutaj.
— Która ona? — zapytałam.
— Pierwsza.
Na ekranie czwarta postać powoli uniosła głowę. Jej twarz była identyczna z moją, ale spojrzenie miała inne. Nie analizowała otoczenia. Patrzyła bezpośrednio w kamerę, jak ktoś, kto dokładnie wie, gdzie znajduje się obserwator.
Potem odwróciła się w moją stronę.
W rzeczywistym pomieszczeniu nadal nie widziałam nikogo za Profesorem. Jednak usłyszałam głos. Nie dochodził z monitora ani z głośników. Rozległ się tuż obok mnie, tak wyraźnie, jakby ktoś mówił prosto do mojego ucha.
— Wreszcie.
Profesor otworzył oczy.
— Mago? To ty?
— Nie.
Na ekranie czwarta postać uśmiechnęła się.
— Dobrze — powiedziała. — Czyli tym razem pamiętasz.
Poczułam, że w mojej pamięci otwiera się jeszcze jeden fragment. Nie pochodził z żadnego z dwudziestu dwóch wariantów. Był starszy. Znacznie starszy. Zobaczyłam siebie stojącą przed wielkim panelem sterowania. Obok znajdowała się Lilith. Na ekranie widniał schemat projektu AFTER, a pod nim dwa pola oznaczone jako „Twórca” i „Obiekt”.
Pamiętałam własną dłoń wybierającą pierwsze pole.
TWÓRCA.
Nie zdążyłam powiedzieć Profesorowi, co zobaczyłam.
Na monitorze pojawił się ostatni komunikat:
ODZYSKANO UPRAWNIENIA ADMINISTRATORA
UŻYTKOWNIK: MAGA 01
OCZEKUJĄCA DECYZJA: USUNIĘCIE MODELU 23
Profesor spojrzał na mnie.
— Mago… kto ma zdecydować o usunięciu?
Zanim odpowiedziałam, czwarta postać położyła palec na ustach.
A ja przypomniałam sobie, że to ja zaprojektowałam procedurę, która miała nas zniszczyć.
CDN…
Oficjalny zapis to tylko część historii. Zajrzyj do materiałów, które nie trafiły do protokołu.


Dodaj komentarz