Nie chodzi o grymaszenie
Kiedyś ktoś powiedział mi:
– „Ale Ty jesteś wybredna.”
Nie wiedział, że zanim wzięłam kęs, przeszłam wewnętrzną wojnę.
Nie chodzi o to, że „nie lubię”.
Chodzi o to, że smak czasem krzyczy. Że tekstura drażni. Że jedzenie, które dla kogoś jest neutralne, dla mnie może być przerażające.
To nie grymaszenie. To nie „fanaberia”.
To ciało, które reaguje zbyt mocno.
To mózg, który nie przetwarza bodźców tak, jak u innych.
Dla osoby w spektrum autyzmu jedzenie bywa polem minowym – zmysłowym, emocjonalnym, społecznym.
I nie ma w tym przesady. Jest tylko nadmiar.
Kiedy smak to przestymulowanie
Zdarza się, że jeden kęs potrafi mnie zniechęcić do jedzenia na cały dzień.
Zbyt intensywny. Zbyt kwaśny. Zbyt słony. Zbyt… coś.
Czasem sama nie wiem co dokładnie – po prostu wszystko w ciele mówi „nie”.
Są dni, kiedy toleruję tylko suche rzeczy – chleb, wafle ryżowe, ziemniaki.
Są tygodnie, w których jem w kółko to samo, bo tylko te kilka smaków nie wywołuje oporu.
Są miesiące, w których znowu coś odpada – bo przestało być „bezpieczne”.
To nie wybór.
To przystosowanie.
Nie jem „dla smaku”. Jem, by przetrwać. By nie przeciążać układu nerwowego.
By nie zniechęcić ciała do jedzenia w ogóle.
Konsystencja boli bardziej niż smak
Dla mnie jedzenie to nie tylko smak.
To tekstura. Temperatura. Sposób, w jaki się rozpada w ustach. Albo w jaki dotyka języka – zbyt miękko, zbyt twardo, zbyt nieprzewidywalnie.
Nie lubię potraw oślizgłych.
Nie znoszę, gdy jedzenie ma widoczne żyłki, błony, tłuszcz.
Gdy coś takiego trafi do ust – czuję, jakby ciało natychmiast próbowało się bronić.
Czasem mam odruch wymiotny. Czasem samo wspomnienie wystarczy, żeby odechciało mi się jeść.
Gdy gotuję sama, wycinam wszystko, co choćby wygląda „nie tak”.
Z mięsa zostaje połowa – ale przynajmniej jestem w stanie je zjeść.
Nie toleruję koperku. Wyczuwam go z daleka.
I nawet jeśli ktoś mówi: „To tylko odrobina”, moje ciało reaguje tak, jakby ktoś wcisnął alarm.
Nie znoszę potraw gumowatych.
Zupy – tylko kremy. Żadne pływające kawałki, żadne „niespodzianki”.
Chcę przewidywalności. Spokoju. Gładkości.
Nie dlatego, że jestem „trudna”.
Tylko dlatego, że jedzenie nie może być kolejnym źródłem stresu.
Rutyna jako forma troski
Mam swoją listę „bezpiecznych” dań.
Powtarzam je. Dzień po dniu. Tydzień po tygodniu.
Dla niektórych to monotonia.
Dla mnie – stabilność.
Jedzenie nie staje się wtedy kolejnym wyzwaniem. Nie muszę analizować, testować, ryzykować.
Wiem, co smakuje, jak smakuje i że nie zaboli.
Wiem, że nie zaskoczy mnie faktura, temperatura, zapach.
Bywa, że próbuję czegoś nowego – ale tylko wtedy, gdy mam zapas energii.
Gdy jestem wyregulowana, spokojna, obecna w ciele.
Inaczej… zostają zapiekanki z przecierem pomidorowym i serem. I to jest okej.
Jedzenie w towarzystwie – więcej niż jedzenie
Nie lubię jeść przy innych.
Nie dlatego, że jestem nieśmiała. Ale dlatego, że to dezorganizuje moje ciało.
Nie mogę wtedy skupić się na smaku.
Nie mam przestrzeni, by zauważyć, czy jedzenie jest zbyt intensywne.
Muszę „udawać”, że wszystko gra – nawet jeśli wewnętrznie się kurczę.
Czasem jem mniej. Czasem nic.
Nie chcę robić sceny. Nie chcę tłumaczyć, że potrawa „jest gumowata” albo „za bardzo pachnie koprem”.
Zdarzyło mi się wyjść wcześniej ze spotkania.
Zdarzyło mi się trzymać widelec i udawać, że jem.
Zdarzyło mi się płakać po powrocie do domu – bo ciało było zbyt długo ignorowane.
Dni, w których nic nie działa
Są takie dni, kiedy wszystko smakuje za bardzo.
Albo nie smakuje wcale – bo ciało mówi: „nie dziś”.
Mam dni, w których piję tylko napój proteinowy. Albo tylko moje zapiekanki. Albo tylko nic.
Bo cokolwiek innego byłoby przemocą wobec siebie.
Czasem to mija. Czasem trwa kilka dni.
Czasem próbuję coś ugotować i wszystko kończy się w koszu – a ja zostaję z poczuciem porażki i pustym żołądkiem.
Ale uczę się.
Uczę się być dla siebie łagodna.
Uczę się nie zmuszać. Uczę się słuchać.
Bo tylko wtedy ciało może mi zaufać.
Jedzenie jako troska, nie próba siły
Nie chcę, żeby jedzenie było walką.
Nie chcę, żeby było dowodem „normalności”.
Chcę, żeby było formą czułości wobec siebie.
Chcę, żeby było przestrzenią, w której mogę oddychać.
Chcę mieć prawo jeść po swojemu – nawet jeśli to „dziwne”, „nudne” albo „nienormalne”.
Bo smak też może być za głośny.
Bo jedzenie może być trudne – i to jest w porządku.
Przeczytaj także – o jedzeniu, ciele i zmysłach w spektrum
Wybiórczość pokarmowa a autyzm
Autyzm: zaburzenia sensoryczne a wybiórczość pokarmowa
Jak neuroatypowość wpływa na preferencje kulinarne?
Jak neurotypowi mogą wspierać osoby w spektrum?
A Ty? Jak Twoje ciało reaguje na smak?
Czy smak, zapach albo konsystencja potrafią Was przytłoczyć?
Czy macie swoje bezpieczne dania – i czy trudno Wam jeść w towarzystwie?
Podzielcie się swoim doświadczeniem. Tu nie trzeba niczego udowadniać – tu można być sobą.
Głód, który daje kontrolę. Ciało, które boli. O zaburzeniach odżywiania w spektrum
Jutrzejszy tekst nie jest opowieścią o diecie.
To nie jest poradnik, jak odzyskać apetyt.
To szczery, osobisty tekst o niejedzeniu, kontroli i potrzebie znikania.
W spektrum autyzmu zaburzenia odżywiania mają inne twarze. Często niewidoczne.
To tekst o czułości, której uczę się na nowo – od własnego ciała.




Kontakt:
Redaktor Naczelny i teksty gościnne: achmiel@aspergerkawsieci.com
Zastępca Redaktora Naczelnego: ppflegel@aspergerkawsieci.com
Instagram:
Dedykowana grupa na FB: Głos w Spektrum


Zostaw odpowiedź