O związku, w którym moja potrzeba ciszy była problemem, o alkoholu jako sposobie na przetrwanie i o tym, jak długo myliłam dopasowanie z miłością.
Głośny był ten świat.
Ciszy szukałam w sobie.
Miłość to bezpieczeństwo.
Byliśmy z dwóch różnych światów
Dzisiaj, kiedy patrzę wstecz, widzę wyraźnie, że byliśmy z dwóch różnych światów.
On uwielbiał ludzi.
Uwielbiał spotkania, imprezy, wyjścia, wydarzenia, miejsca pełne rozmów i energii. Lubił być w centrum uwagi. Lubił, kiedy wokół dużo się działo. Im więcej ludzi, tym lepiej.
Ja byłam zupełnie inna.
Nawet zanim dowiedziałam się, że jestem w spektrum autyzmu, wiedziałam jedno: tłum mnie męczy.
Hałas mnie męczy.
Nieustanna obecność ludzi mnie męczy.
Po kilku godzinach takich spotkań czułam się tak, jakby ktoś wyciągnął ze mnie całą energię. Potrzebowałam ciszy, spokoju i samotności, żeby wrócić do równowagi.
Ale przez długi czas myślałam, że to ja jestem problemem.
„Wszyscy idą, tylko ty nie chcesz”
Kiedy mówiłam, że nie mam siły, że nie chcę iść albo że potrzebuję odpoczynku, bardzo rzadko spotykałam się ze zrozumieniem.
Najczęściej słyszałam, że przesadzam.
Że zamykam się w sobie.
Że jestem aspołeczna.
Że robię problem z czegoś normalnego.
A czasami kończyło się to awanturą.
Bo dla niego odmowa nie była informacją o moich granicach.
Była odrzuceniem.
Była brakiem wsparcia.
Była czymś, co odbierał osobiście.
Więc szłam.
Nie dlatego, że chciałam.
Szłam dlatego, że miałam dość tłumaczenia się.
Dość poczucia winy.
Dość kolejnych kłótni.
Z czasem coraz mniej chodziło o wspólne wyjścia.
Coraz bardziej chodziło o unikanie konfliktów.
Alkohol jako sposób na przetrwanie
Dzisiaj potrafię powiedzieć to wprost.
Żeby przetrwać część tych imprez, piłam.
Nie dlatego, że uwielbiałam alkohol.
Nie dlatego, że świetnie się bawiłam.
Nie dlatego, że chciałam się upić.
Piłam dlatego, że alkohol wyciszał napięcie.
Sprawiał, że hałas stawał się trochę bardziej znośny.
Że ludzie wydawali się mniej przytłaczający.
Że łatwiej było udawać, że wszystko jest w porządku.
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, widzę wyraźnie, że nie próbowałam dobrze się bawić.
Próbowałam przetrwać.
To ogromna różnica.
Najbardziej samotna w tłumie
Paradoks polegał na tym, że im więcej ludzi było wokół mnie, tym bardziej czułam się sama.
Stałam pośród rozmów, śmiechu i muzyki, a jednocześnie miałam poczucie, że jestem zupełnie gdzie indziej.
Nie było tam miejsca na moje zmęczenie.
Nie było miejsca na moje granice.
Nie było miejsca na moje potrzeby.
Było tylko oczekiwanie, że będę funkcjonować tak jak wszyscy inni.
I przez wiele lat naprawdę próbowałam.
Próbowałam być bardziej towarzyska.
Bardziej spontaniczna.
Mniej wrażliwa.
Bardziej „normalna”.
Ale każda taka próba kończyła się coraz większym zmęczeniem.
Kara za to, że sobie nie radziłam
Najbardziej boli mnie jednak coś innego.
On nie zostawiał mnie samą dlatego, że nie zauważył, że sobie nie radzę.
On był zły.
Zły o to, że się upiłam.
Paradoks polegał na tym, że nigdy nie zastanawiał się, dlaczego do tego dochodziło.
Nie widział lat zmuszania się do sytuacji, które były dla mnie przytłaczające.
Nie widział napięcia, które narastało przed każdą kolejną imprezą.
Nie widział tego, jak bardzo próbowałam dostosować się do świata, w którym czułam się obco.
Widział tylko efekt.
A kiedy ten efekt mu się nie podobał, zostawiał mnie samą.
Pamiętam powroty do domu, których właściwie nie pamiętam.
Pamiętam pojedyncze obrazy.
Zimno.
Pustą ulicę.
Przystanek autobusowy.
Próbę przypomnienia sobie drogi.
I to dziwne uczucie, że osoba, z którą przyszłam, nie chce mieć ze mną nic wspólnego właśnie wtedy, kiedy najbardziej potrzebuję wsparcia.
Dzisiaj rozumiem to inaczej
Nie jestem dumna z tego, że piłam.
Ale nie potrafię już obwiniać wyłącznie siebie.
Dzisiaj wiem, że osoba, która kocha, może być zła.
Może być rozczarowana.
Może się martwić.
Ale nie powinna zostawiać drugiego człowieka samego tylko po to, żeby ukarać go za coś, co uważa za błąd.
Przez bardzo długi czas myślałam, że zasłużyłam na takie traktowanie.
Że gdybym była bardziej odporna, bardziej towarzyska, bardziej normalna, nic z tego by się nie wydarzyło.
Dzisiaj wiem, że to nie była prawda.
Potrzeba ciszy nie jest wadą.
Potrzeba odpoczynku nie jest egoizmem.
Niechęć do imprez nie jest brakiem miłości.
A osoba, która naprawdę nas kocha, nie będzie oczekiwała, że będziemy cierpieć tylko po to, żeby inni dobrze się bawili.
Bo bliskość nie polega na tym, że jedna osoba stale się dopasowuje.
Bliskość polega na tym, że obie osoby czują się bezpiecznie.
A ja przez bardzo długi czas myliłam dopasowanie z miłością.


Zostaw odpowiedź