Gdy nikt nie widzi
Kiedy zostaję sama, coś we mnie cichnie. Ale nie jest to pustka. To nie brak – to obecność, tylko że inna. Delikatna. Moja.
Tak jakby moje prawdziwe „ja” wychodziło z ukrycia, z piwnicy, do której zeszło, kiedy inni patrzyli zbyt intensywnie.
Nie muszę już być odpowiednia.
Nie muszę trzymać ramion równo.
Nie muszę uśmiechać się półgębkiem, żeby ktoś nie pomyślał, że jestem smutna albo oschła.
W samotności nie gram.
W samotności istnieję.
Ciało bez świadka
Moje ciało też oddycha inaczej. Nie napięte, nie zablokowane w trybie „obserwują mnie, muszę być poprawna”.
Wreszcie mogę usiąść z nogami pod brodą. Albo się położyć na podłodze i patrzeć w sufit.
Mogę chodzić w tej jednej, ulubionej bluzie, która jest już sprana, ale pachnie bezpieczeństwem.
Nikt nie ocenia.
Nikt nie widzi.
To dziwne, ale dopiero wtedy czuję się najbardziej żywa. Kiedy nie muszę nikomu udowadniać, że jestem „jakaś”.
Bo w środku mnie nie ma tej jednej wersji. Jest ich wiele – i każda z nich oddycha pełniej wtedy, gdy świat milknie.
Umysł na luzie
W codziennym życiu jestem analizą. Odbiciem. Lustrzanym obrazem tego, co dzieje się dookoła. Reaguję, wyczuwam napięcia, przeczuwam intencje. Czytam między słowami, ale czasem wcale nie chcę.
A gdy jestem sama – nie muszę niczego czytać.
Nie muszę odpowiadać.
Nie muszę nic wiedzieć.
Mogę pozwolić sobie na niedokończone zdania. Na pisanie tylko dla siebie. Na krótki sen o szóstej po południu, który nie „marnuje czasu”, tylko go koi.
Samotność nie zawsze jest pustką
Są ludzie, dla których samotność to cierpienie. Dla mnie – bywa ratunkiem. Nie z wyboru, ale z instynktu.
Bo kiedy jestem sama, nie muszę się przystosowywać.
Nie muszę wybierać masek.
Nie muszę zbyt długo zastanawiać się, czy coś, co powiem, nie zostanie odebrane „źle”.
W samotności odzyskuję przestrzeń. Nie zawsze lekką. Czasem bolesną.
Ale prawdziwą.
Bezpieczną, bo moją.
Kim jestem, kiedy nikt nie wymaga?
Zaczynam rozumieć, że wersja mnie, która istnieje wtedy, gdy jestem sama, to nie jest jakaś „gorsza” wersja. Ani ucieczka. Ani niedojrzałość.
To wersja, która wreszcie nie udaje, że wszystko ogarnia.
To dziewczyna, która nie boi się płakać. Która mówi do siebie na głos. Która słucha w kółko jednej piosenki, bo akurat trafia w emocje.
To ta, która potrzebuje ciszy bardziej niż czegokolwiek.
I która w tej ciszy zaczyna słyszeć… siebie.
Kiedyś to było wstydliwe. Teraz – jest moje
Kiedyś myślałam, że muszę się tego wstydzić. Że to dziwne. Że trzeba „być sobą przy ludziach”.
Ale co, jeśli najprawdziwiej sobą jesteśmy właśnie wtedy, kiedy jesteśmy sami?
Może nie muszę się zmieniać, żeby pasować.
Może mogę się po prostu pokazać – powoli, cząstka po cząstce – tej wersji mnie, która nie potrzebuje już nikomu niczego udowadniać.
Może samotność to nie zamknięcie.
Może to – początek.
W podobnym tonie – przeczytaj również:
Spektrum autyzmu to niezrozumienie i samotność. Jego diagnoza – powrót do siebie
Dlaczego samotność w spektrum jest często wyborem, a nie problemem?
Nie umiem odpoczywać przy innych. O samotności, która daje ulgę
A Ty – kim jesteś, gdy zostajesz sama/sam?
Czy masz wrażenie, że zmieniasz się, kiedy nikt nie patrzy? Że w samotności jesteś sobą bardziej niż wśród ludzi? Co daje Ci prawdziwy oddech?
„Nie jestem trudna – mam trudne doświadczenia”. O etykietach, które krzywdzą i broniących się ludziach
To nie „ja jestem trudna” – to moje życie było trudne.
Jutrzejszy tekst jest o tym, jak łatwo przykleić komuś etykietę, a jak trudno dostrzec, co naprawdę za nią stoi.
Dla wszystkich, którzy kiedykolwiek usłyszeli, że są „problemem” – tylko dlatego, że czują zbyt głęboko.




Kontakt:
Redaktor Naczelny i teksty gościnne: achmiel@aspergerkawsieci.com
Zastępca Redaktora Naczelnego: ppflegel@aspergerkawsieci.com
Instagram:
Dedykowana grupa na FB: Głos w Spektrum


Zostaw odpowiedź