Kiedy praca boli – o neuroróżnorodności, wypaleniu i byciu „problematyczną”
Światło jarzeniówek,
Maska pęka po cichu,
Kawa już nie pomaga.
Chciałam odnieść się do wpisu Agi o neuroróżnorodności i byciu dla innych „problematyczną” – szczególnie w miejscu pracy. Ta sytuacja dotyczyła właściwie każdego mojego miejsca zatrudnienia, ale opowiem o jednym, w którym spędziłam osiem lat.
Osiem lat, które kosztowały zdrowie
Niby to nie tak długo. Może. Ale wystarczająco długo, by nabawić się chorób i umierać powoli od środka.
Przez te osiem lat przeszłam przez dwa epizody depresyjne. Nabawiłam się chorób autoimmunologicznych: astmy stresowej i guzów tarczycy, gdzie stan zapalny był już tak rozległy, że trzeba było usunąć całą tarczycę.
Do tego doszła arytmia, codzienne migreny, które przerodziły się w bóle polekowe, a nocne wycieczki na SOR czy IP stały się normą, gdy bóle brzucha były nie do zniesienia.
„Przesadzasz” – jak bagatelizowano moje objawy
Oczywiście słyszałam te głosy: „Przesadza”, „Histeryzuje”. Nie dziwi mnie to. Sama przez lata myślałam, że przesadzam. Że nie ogarniam. Że coś jest ze mną nie tak.
Bagatelizowanie przez lekarzy tylko pogarszało sprawę: „Niech się pani wyluzuje”, „Po co się tak denerwować?” – mówili. Jeden z nich, szczególnie „mądry”, zalecił mi wręcz ciepłą kąpiel i… kielicha.
Zrozumienie przyszło późno
Dopiero teraz, po latach, wiem, że jestem osobą neuroatypową. Rozumiem, co powodowało te wszystkie stany i choroby. Delikatny układ nerwowy przez lata, dzień po dniu, był bombardowany bodźcami, które dla innych nie miały żadnego znaczenia. Dla mnie były mordęgą.
Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że one mnie powoli zabijały.
Życie w świecie zbyt wielu bodźców
Zawsze byłam nadwrażliwa na bodźce. Zbyt ostre światło wywołuje u mnie migrenę z aurą. Dźwięki czasami wbijają się w mózg jak setki igiełek albo wręcz słyszę wszystko naraz – jakbym była w ulu.
Zapachy oblepiają mnie tak, jakbym siedziała w smole. A jeśli doświadczam tego wszystkiego jednocześnie? Jestem jak bezbronne zwierzę zagonione w kąt. Przestaję myśleć racjonalnie. Zaczynam wewnętrznie panikować.
Maskowanie – wysoka cena funkcjonowania
Przez ponad 40 lat nie wiedziałam o sobie tego, co wiem teraz. Nauczyłam się więc maskować te stany, by móc jakoś funkcjonować. Płaciłam za to jednak bardzo wysoką cenę.
Stałam się mistrzynią maskowania:
„Zacisnę zęby.”
„Wytrzymam.”
„Dam radę.”
A w domu? Wrak człowieka. Płacz. Zero życia. Walka z bólem.
Prośby, które odbijały się od ściany
W pracy moje prośby, żeby szef – z którym siedziałam w pokoju – nie perfumował się tak intensywnie, żeby koleżanka nie jadła przy biurku, tylko w jadalni, albo żeby chociaż na godzinę wyłączyć radio, spotykały się z odmową i głupimi komentarzami:
„To się zwolnij.”
„Nie rób problemów.”
Przecież w pracy musi być jasno, aż oczy wypala. Musi pachnieć, bo to „takie nowoczesne”. I radio musi tłuc bez przerwy, „żeby było raźniej”.
Małe akty buntu
Dochodziło do tego, że gdzie mogłam, działałam podstępem. Wykręcałam jarzeniówki nad swoim biurkiem, gdy nikt nie widział. Wyrzucałam syntetyczne zapachy z kontaktów, kłamiąc, że nie wiem, gdzie są. Szef kupował je na nowo.
Czułam się coraz bardziej chora i wypalona. Ale przecież gdzieś pracować trzeba. Pieniądze zarabiać trzeba.
To nie obowiązki mnie wypaliły
Dziś walczę ze swoim wypaleniem zawodowym. Daję sobie przestrzeń na swoją wrażliwość. Żyję spokojniej – ale tylko dlatego, że… nie pracuję.
To nie obowiązki mnie wypaliły. Z tym nigdy nie miałam problemu. Wypaliło mnie środowisko pracy. Ludzie. Mobbing, którego osoby neuroatypowe doświadczają bardzo często, bo są łatwym celem. (Ale to już osobny temat).
I co dalej?
Przede mną jeszcze co najmniej 20 lat pracy. Szczerze? Nie widzę tego wcale.
A jeśli ktoś mi mówi: „Nie wyglądasz na taką”, to z radością odpowiadam:
„Całe szczęście.”
Autorka tekstu: Ada (anonimowo)
Korekta i redakcja: Agnieszka Chmiel


Zostaw odpowiedź