O bilansowaniu energii i sytuacji, w której koszt społeczny okazuje się większy, niż wcześniej przewidywaliśmy
Chciałam tam przyjść.
Dzień odebrał mi siły.
Nie odrzucam cię.
Kiedy „nie przyjdę” nie oznacza „nie zależy mi”
„Przecież sama się zgodziłaś”. „Jeszcze rano mówiłeś, że przyjdziesz”. „Z tobą nigdy niczego nie można zaplanować”. „Gdyby naprawdę ci zależało, znalazłabyś siłę”. „Znowu odwołujesz w ostatniej chwili”. Dla osoby, która czekała na spotkanie, kolejna wiadomość z informacją „przepraszam, jednak nie dam rady” może być zwyczajnie przykra. Może oznaczać rozczarowanie, zmianę własnych planów, poczucie odrzucenia, a czasami złość. I tych emocji nie trzeba unieważniać, żeby jednocześnie spróbować zrozumieć drugą stronę. Bo u osoby w spektrum autyzmu odwołanie spotkania nie zawsze oznacza, że spotkanie przestało być ważne. Czasami oznacza coś znacznie bardziej prozaicznego: kiedy wpisywała je do kalendarza, naprawdę sądziła, że będzie miała na nie zasoby. Dopiero później okazało się, że źle oszacowała koszt.
Zgoda na spotkanie nie jest obietnicą przyszłego poziomu energii
Planowanie wymaga przewidywania przyszłości. Umawiając się w poniedziałek na sobotę, próbujemy odpowiedzieć sobie nie tylko na pytanie, czy w sobotę mamy wolne dwie godziny. Nieświadomie zakładamy również, że będziemy wtedy wystarczająco wyspani, spokojni, zdrowi i zdolni do rozmowy, wyjścia z domu, podróży, przebywania w określonym miejscu oraz reagowania na drugiego człowieka. Większość tych zmiennych jest niemożliwa do dokładnego przewidzenia. W przypadku osoby autystycznej dochodzi do tego jeszcze koszt przetwarzania bodźców, maskowania, zmian, komunikacji i regulowania się w środowisku społecznym. Dlatego zdanie „tak, chętnie przyjdę” może być całkowicie szczere w chwili, w której zostaje wypowiedziane, a kilka dni później równie szczere może być „nie jestem dziś w stanie przyjść”.
To jedna z rzeczy, które z zewnątrz łatwo odczytać jako niekonsekwencję. Skoro ktoś chciał, dlaczego nagle nie chce? Tyle że chcieć spotkania i mieć zasoby na spotkanie to dwie różne rzeczy. Można tęsknić za człowiekiem i jednocześnie nie mieć siły z nim rozmawiać. Można bardzo czekać na wydarzenie, a godzinę przed wyjściem odkryć, że samo ubranie się i dotarcie na miejsce wydaje się zadaniem ponad możliwości. Można nawet odwołać spotkanie, a później siedzieć samemu w domu i żałować, że nie było się w stanie pójść. Nie ma w tym sprzeczności. Są dwie potrzeby, które w danym momencie nie mogą zostać zrealizowane jednocześnie: potrzeba kontaktu i potrzeba ochrony przeciążonego układu nerwowego.
Koszt spotkania zaczyna się dużo wcześniej niż przy „cześć”
Kiedy mówimy o wysiłku związanym ze spotkaniem, często liczymy tylko czas jego trwania. Kawa od 17.00 do 19.00 wygląda przecież jak dwie godziny. Dla części osób autystycznych rzeczywisty rachunek może być znacznie dłuższy. Trzeba zakończyć wcześniejsze zajęcie, przygotować się do wyjścia, zdecydować, co założyć, dotrzeć na miejsce, poradzić sobie z transportem, ruchem ulicznym i nieprzewidywalnością, wejść do lokalu, znaleźć drugą osobę, przetwarzać jej mowę, mimikę i gesty, odpowiadać, kontrolować własny ton głosu, utrzymywać uwagę, znosić muzykę, rozmowy przy sąsiednich stolikach, światło, zapach jedzenia, ludzi przechodzących obok stolika i wszystko to, czego nie dało się przewidzieć. Potem trzeba wrócić. A czasami dopiero po powrocie organizm wystawia rachunek.
Nie każda osoba autystyczna doświadcza tego w ten sam sposób i nie każde spotkanie kosztuje tyle samo. Rozmowa z bliską osobą w spokojnym mieszkaniu może być niemal regenerująca, podczas gdy spotkanie z tą samą osobą w zatłoczonej restauracji będzie wyczerpujące. Godzina z człowiekiem, przy którym nie trzeba się kontrolować, może kosztować mniej niż dwadzieścia minut w grupie, w której trzeba bez przerwy zastanawiać się, kiedy coś powiedzieć, czy wypada przerwać, jak długo patrzeć komuś w oczy i czy właśnie nie zostało się źle zrozumianym. „Spotkanie” nie jest więc jedną jednostką energetyczną. Jego koszt zależy od człowieka, miejsca, liczby osób, hałasu, przewidywalności, możliwości wycofania się, konieczności maskowania, transportu, długości wydarzenia i tego, co wydarzyło się wcześniej.
Problemem często nie jest spotkanie, tylko wszystko, co było przed nim
To jeden z najłatwiejszych do przeoczenia elementów. Człowiek może mieć w kalendarzu tylko jedno spotkanie wieczorem, a mimo to nie mieć na nie zasobów. Kalendarz pokazuje bowiem wydarzenia, ale nie pokazuje kosztu funkcjonowania. Nie zapisujemy w nim zwykle trzydziestu minut spędzonych rano w zatłoczonym autobusie, awarii systemu w pracy, rozmowy telefonicznej, której się nie spodziewaliśmy, remontu u sąsiada, zmiany planu, konieczności szybkiego podjęcia kilku decyzji, konfliktu ze współpracownikiem, bólu głowy ani tego, że od rana ubranie drażni skórę bardziej niż zwykle. Każda z tych rzeczy może być niewielka. Problem pojawia się wtedy, kiedy zaczynają się sumować.
Dlatego pytanie „co takiego robiłaś, że jesteś zmęczona?” nie zawsze ma prostą odpowiedź. Być może niczego spektakularnego. Być może wydarzyło się po prostu za dużo małych rzeczy. Energia nie jest oddzielnym zasobem na pracę, sensorykę, emocje, funkcje wykonawcze i relacje społeczne. Jeśli większość została zużyta wcześniej, wieczorne spotkanie nie dostaje własnego, nienaruszonego zapasu tylko dlatego, że było zaplanowane od tygodnia. I właśnie dlatego decyzja o odwołaniu może pojawić się dopiero godzinę wcześniej. Nie dlatego, że przez cały dzień ktoś wiedział, że nie przyjdzie i z niewiadomego powodu zwlekał z informacją. Czasami dopiero wtedy orientuje się, że przekroczył własną granicę.
„Ale przecież wczoraj byłaś gdzie indziej”
To zdanie potrafi zaboleć szczególnie mocno, ponieważ wcześniejsza aktywność zostaje potraktowana jak dowód przeciwko dzisiejszemu zmęczeniu. Tymczasem może być dokładnie odwrotnie. To, że ktoś był gdzieś wczoraj, może być jednym z powodów, dla których dzisiaj nie jest w stanie pójść nigdzie. Koszt społeczny nie zawsze kończy się wraz z zamknięciem drzwi restauracji, biura czy mieszkania znajomych. Po intensywnym kontakcie może być potrzebnych kilka godzin, cały następny dzień, a przy dużym przeciążeniu znacznie więcej czasu na odzyskanie równowagi.
Z zewnątrz bywa to niezrozumiałe również dlatego, że podczas wcześniejszego wydarzenia osoba mogła wyglądać na świetnie funkcjonującą. Rozmawiała, żartowała, odpowiadała na pytania, być może nawet mówiła, że dobrze się bawi. To nie mówi nam jednak, ile kosztowało utrzymanie tego funkcjonowania ani co wydarzyło się po powrocie do domu. Maskowanie potrafi sprawić, że inni widzą człowieka radzącego sobie doskonale, podczas gdy on sam wykorzystuje właśnie ostatnie dostępne zasoby. Późniejsze wycofanie może być konsekwencją wcześniejszego „radzenia sobie”, a nie jego zaprzeczeniem.
Najtrudniejszy moment: jeszcze mogę się zmusić
Odwołanie spotkania często nie jest pierwszym wyborem. Bywa ostatnim etapem długiego negocjowania z samym sobą. „Może jak odpocznę pół godziny, będzie lepiej”. „Wezmę prysznic i zobaczę”. „Pojadę tylko na godzinę”. „Nie mogę znowu odwołać”. „Co sobie pomyślą?”. „Obiecałam”. „Muszę się zebrać”. Presja może być tym większa, im częściej wcześniej słyszało się, że jest się trudnym, niesłownym, egoistycznym albo że „wystarczy się przemóc”.
I czasami człowiek rzeczywiście się przemaga. To jednak nie zawsze jest sukces. Jeżeli wyjście następuje w momencie, w którym organizm już sygnalizuje przeciążenie, ceną może być jeszcze większe wyczerpanie, shutdown, meltdown, utrata możliwości komunikowania się albo kilka kolejnych dni potrzebnych na regenerację. W takim przypadku odwołanie spotkania może być nie tyle unikaniem życia, ile próbą zatrzymania przeciążenia, zanim stanie się znacznie większe. Umiejętność powiedzenia „dzisiaj nie dam rady” może być efektem coraz lepszego rozpoznawania własnych granic, a nie coraz mniejszego zaangażowania w relacje.
Wycofanie nie zawsze jest odrzuceniem
Dla drugiej osoby sytuacja wygląda jednak inaczej. Ona nie czuje naszego przeciążenia. Widzi wiadomość na ekranie. Być może po raz trzeci. Być może sama odmówiła komuś innemu, zarezerwowała stolik, kupiła bilety albo po prostu czekała na spotkanie. Ma więc prawo być rozczarowana. Zrozumienie autystycznego kosztu społecznego nie wymaga udawania, że odwoływanie planów nigdy nie wpływa na innych. Relacja działa w obie strony.
Różnica pojawia się w interpretacji intencji. „Jest mi przykro, że znowu się nie zobaczymy” opisuje własne doświadczenie. „Gdybyś mnie szanowała, przyszłabyś” przypisuje drugiej osobie motyw, którego możemy wcale nie znać. Można być zawiedzionym i jednocześnie nie zakładać złej woli. Można powiedzieć, że częste odwoływanie jest dla nas trudne, i wspólnie zastanowić się, jak planować inaczej. Zrozumienie nie oznacza przecież, że jedna strona ma bez końca rezygnować ze swoich potrzeb. Oznacza, że zamiast prowadzić spór o to, kto jest winny, można spróbować znaleźć sposób kontaktu, który mniej kosztuje jedną osobę i mniej rozczarowuje drugą.
Być może trzeba planować inaczej, a nie bardziej się starać
Jeżeli odwoływanie spotkań powtarza się regularnie, rozwiązaniem nie zawsze jest mocniejsze zobowiązanie: „tym razem na pewno przyjdę”. Być może problemem jest sam sposób planowania. Spotkanie po całym dniu pracy może mieć znacznie mniejsze szanse powodzenia niż w wolne przedpołudnie. Restauracja może być trudniejsza niż spacer. Cztery osoby mogą kosztować więcej niż jedna. Trzy godziny mogą być nieosiągalne, ale czterdzieści minut całkiem realne. Plan z możliwością wcześniejszego wyjścia może być łatwiejszy niż wydarzenie, którego końca nie da się przewidzieć. Czasem pomaga również pozostawienie wolnego czasu przed spotkaniem albo po nim, zamiast układania kolejnych zobowiązań jedno za drugim.
Dla niektórych osób pomocne są plany warunkowe: „Chcę się spotkać, ale potwierdzę rano, czy mam zasoby”. Dla innych lepiej działa umawianie się z większym wyprzedzeniem, a dla jeszcze innych właśnie spontaniczne spotkania, bo nie trzeba przez kilka dni nosić w głowie nadchodzącego zobowiązania. Jedna osoba będzie potrzebowała dokładnej godziny rozpoczęcia i zakończenia, druga możliwości napisania „dzisiaj mam energię, masz czas?”. Nie istnieje jeden autystyczny sposób planowania. Chodzi o poznanie własnego kosztu i przestanie układać życia według modelu, który regularnie okazuje się niemożliwy do utrzymania.
Warto też nauczyć się zauważać wcześniejsze sygnały. Jeśli po dwóch intensywnych dniach prawie zawsze potrzebny jest trzeci dzień bez ludzi, nie ma sensu co tydzień odkrywać tego na nowo. Jeśli po pracy w biurze wieczorne wyjścia regularnie są odwoływane, może lepiej przestać je tam wpisywać. Jeśli godzinne spotkanie jest przyjemne, a trzecia godzina kończy się przeciążeniem, nie trzeba czekać do trzeciej godziny, żeby uznać własną granicę za prawdziwą. Bilansowanie energii nie polega na perfekcyjnym przewidywaniu samopoczucia. Polega na coraz lepszym poznawaniu wzorców.
A jeśli odwołuję już prawie wszystko?
Jest jednak ważna granica pomiędzy dbaniem o zasoby a sytuacją, w której świat zaczyna się stopniowo kurczyć. Jeśli ktoś wcześniej spotykał się z ludźmi, pracował, zajmował zainteresowaniami czy wychodził z domu, a teraz przez dłuższy czas nie ma energii niemal na nic, warto nie zatrzymywać się na wyjaśnieniu „jestem autystyczny, więc potrzebuję samotności”. Znacząca zmiana funkcjonowania może mieć wiele przyczyn. Może wiązać się z przeciążeniem lub wypaleniem autystycznym, ale również z depresją, nasilonym lękiem, problemami ze snem, przewlekłym bólem, chorobą somatyczną czy innym obciążeniem. Autyzm nie powinien sprawiać, że każdą zmianę uznajemy automatycznie za część spektrum.
Podobnie warto przyjrzeć się sytuacji, gdy powodem rezygnacji nie jest brak zasobów, lecz coraz silniejszy lęk przed samym spotkaniem. Krótkoterminowo unikanie przynosi ulgę, ale jeśli zaczyna przejmować kontrolę nad życiem, może wymagać innego rodzaju wsparcia. Szacunek dla własnych granic nie oznacza, że każda granica musi pozostać dokładnie tam, gdzie znajduje się dzisiaj. Możemy jednocześnie nie zmuszać się ponad możliwości i sprawdzać, czego naprawdę potrzebujemy, żeby ważne dla nas relacje były możliwe.
Zamiast „znowu odwołujesz”, spróbujmy zobaczyć cały rachunek
Najłatwiej zobaczyć ostatnią wiadomość: „Nie dam rady przyjść”. Znacznie trudniej zobaczyć wszystko, co wydarzyło się wcześniej. Hałas. Pracę. Maskowanie. Zmianę planów. Rozmowę, która kosztowała więcej niż powinna. Nieprzespaną noc. Dwadzieścia drobnych decyzji. Podróż. Ból. Napięcie. Próby zebrania się. Godzinę przekonywania samego siebie, że przecież trzeba. I wreszcie moment, w którym organizm mówi: dalej już nie.
Odwołane spotkanie może zaboleć i warto o tym rozmawiać. Jeżeli dzieje się często, warto również wspólnie poszukać innego sposobu planowania. Ale pomiędzy „nie przyszedł” a „nie szanuje mnie” istnieje ogromna przestrzeń, której z zewnątrz nie widzimy. W tej przestrzeni może znajdować się przeciążenie, wyczerpanie, niewłaściwie oszacowany koszt społeczny, potrzeba regeneracji albo zwyczajnie dzień, który zabrał znacznie więcej energii, niż miał zabrać.
Czasami największym wyrazem zaufania w relacji nie jest więc obietnica: „Nigdy więcej nie odwołam”.
Jest nim możliwość powiedzenia:
„Chciałam się z tobą zobaczyć. Nadal chcę. Dzisiaj po prostu nie mam już z czego.”
I usłyszenia w odpowiedzi nie oskarżenia, lecz zrozumienia, że brak energii na spotkanie nie musi oznaczać braku miejsca dla człowieka.
Chcesz przejść od czytania do działania?
Umów bezpłatną 30-minutową Sesję 0 albo poznaj Narzędzia Wsparcia stworzone z myślą o codziennym funkcjonowaniu osób neuroróżnorodnych.


Zostaw odpowiedź